8 July 2013

nieczynne z powodu, że zamknięte.

raczej nie definitywnie, jednak na skutek (głównie) chronicznego niedoczasu chwilowo jestem zmuszona uwolnić niektóre z rozlicznych sroczych ogonów. zanurzanie się w życiu z głową wymaga odwagi, trening odwagi wymaga czasu, czas zaś, jakby go mocno nie szarpać, rozciągnąć się nie chce. 
drogą eliminacji padło na ten kawałek podłogi, jako od dawna wymagający zmiany koncepcji. nowy koncept, co prawda jak dotąd ledwo siekierą ociosany, ale już gdzieś tam się pojawił, za to nie ma melodii do uczciwego wdrożenia go. czy też odpowiedniej pogody. mniejsza z tym.
mówiąc wprost: czas na małą reorganizację, której rozmachu ani czasu trwania nie jestem w stanie określić w tym momencie. buk jeden raczy wiedzieć czym to wszystko się skończy.

c u.

2 June 2013

Ogłoszenie parafialne


Od dzisiaj komentowanie na moim blogu wymaga udowodnienia, że nie jest się robotem. Ilość spamu, która przechodzi w komentarzach wyczerpała moją cierpliwość. Teraz próbie będzie poddana wasza, na okoliczność przepisywania tych śmiesznych robaczków captcha. Dziękuję za uwagę.

22 April 2013

Wena, vidi, nici.


Z tym moim dzierganiem to jest tak.
Są okresy, że całymi tygodniami maszyna stoi w kącie, pomysłów i chęci brak, a jak trafia się jakaś niecierpiąca zwłoki poprawka czy naprawka, wykonywana jest z pewną dozą obrzydzenia, traktowana szorstko (tak tak, krawcowe, nawet samozwańcze, też tak potrafią, nie tylko pan młynarz), no po prostu jeszcze trochę i pańszczyzna.

Co innego, jak najdzie mnie  w e n a.  Z  n i ą  to nigdy do końca nie wiadomo, zastanawiałam się kiedyś, co to właściwie jest ta  w e n a, jak działa, no i doszłam do wniosku, że co jak co, ale na pewno nie przypadkiem jest rodzaju żeńskiego, taka kapryśna, chimeryczna i napadająca człowieka w nader dziwnych momentach. Przy czym na pewno jest też damą świadomą swojej godności, gdyż nigdy jeszcze nie udało mi się wywołać  o n e j  sztucznie, niczym nie przymierzając, plebejskiej mgły. Można za to być pewnym, że gdy się  o n e j  człowiek nie spodziewa - beztrosko, albo i trosko, jeden pies, jak to mawiają w wietnamskich barach, w każdym razie zajęty innymi sprawami, czy wręcz też leży sobie pępkiem ku górze - wtenczas może nastąpić nagłe łaps-cap-hyc i już jesteś w czułych  w e n y  objęciach. Przy czym czułe są one tylko dopóki nie strzeli ci do głowy zrobić czegoś po swojemu, zboczyć z wyznaczonej przez  n i ą  trasy, odsunąć jejmości szlachcianki na dalszy plan czy też, o zgrozo, mieć czelność próbować odłożyć  j ą  na później! Wówczas pieszczotliwy dotyk potrafi w okamgnieniu zmienić się w żelazny uścisk, miast łagodnych treli chórów anielskich anonsujących  j e j  wizytę przewierci twoje uszy łomot rodem z Mordoru, jakiś Burzum albo inny Vader, a  o n a  sama skowytać i zawodzić będzie żałośnie, dopóki nie spełnisz  j e j  żądań, nie ukoisz  j e j  serca, tu, teraz, natychmiast!

Na miniony weekend planów miałam całe stado. Szycie też było w nich uwzględnione, jednak jako, że była to dość prosta przeróbka koszulki na mój lilipuci rozmiar, podług agendy zająć miała dwie godziny sobotniego wieczoru, by w niedzielę ustąpić miejsca basenowi, pichceniu smakołyków, spotkaniu z Iwonkiem i być może wspólnym małym babskim zakupom. W efekcie z powyższej listy jedynie Iwonek się ostał, resztę podstępna   o n a  wyrugowała już przy niedzielnym śniadaniu, kiedy to nieświadoma jak niemowlę, pożywiając się jajecznicą ze szczypiorkiem, łypałam równocześnie okiem weekendową gazetę (drugim kontrolowałam sytuację na talerzu).

Grom z jasnego nieba. Poncho bądź nietypowa hoodie łaziły co prawda za mną już od jakiegoś czasu, ale ani w sklepach niespecjalnie było na czym oko zawiesić, ani projekt nie chciał się jakoś sam  z siebie wykrystalizować. Szperałam nawet niedawno pod tym kątem w materiałowym, ale ostatecznie wróciłam do domu jedynie z paczuszką drobiazgów krawieckich. Przypuszczam, że ta cholera  jejmość szlachcianka doskonale wiedziała, żem nieprzygotowana na atak i wykorzystała moment zmuszając mnie do improwizacji, ekwilibrystyki i kreatywności, co w praktyce oznaczało pocięcie PanWiowej bluzy, co to mu ją kiedyś niespodziankowo uszyłam, a którą oprotestował słowami, że taką ciepłą to może niekoniecznie, proszę Aguni.  Jeszcze w trakcie klecenia łudziłam się, że szybko skończę, że może na zakupy to już nie, ale godzinkę na basen uda mi się wykroić, tak właśnie sobie myślałam mierząc w przedpokoju zszytą już wstępnie sztukę, gdy rozległ się złośliwy chichot i z gałki od pawlacza sfrunęła przyczajona dotąd  o n a , przysiadła na moim ramieniu i szepnęła wprost w ucho: chyba jesteś ślepa, toż tu się aż prosi o wpuszczane kieszenie!  Fakt, prosiło się, miała skubana rację, więc zamiast pokonywać kolejne metry krytą żabką, w ślimaczym tempie, mozolnie rozpruwałam milimetry szwu. Efekt końcowy okazał się jednakowoż więcej jak zadowalający, stąd też przebolałam prawie całodniową izolację. Nadrobię w tygodniu!

Oczywiście, że pomimo wszystko i tak życzyłabym sobie częstszego opętania przez  w e n ę. W tym celu intensyfikuję działania mogące mnie zainspirować na różne sposoby, a także usilnie dążę do wykonania pewnych roszad, które w efekcie zaowocują (I hope so!) aranżacją stałego miejsca na maszynę oraz pokrewne jej urządzenia peryferyjne, przybory, akcesoria i oczywiście sterty materiałów, które w przeznaczonych do tego pojemnikach będą sobie cierpliwie dojrzewać, czekając na swoją kolej. A jejmość szlachcianka  w e n a  też będzie tam miała swój kącik, z którego, mam nadzieję, będzie wychodzić może i częściej, za to w sposób cywilizowany.