10 January 2013

Wyjątkowo światłolubne stworzenie


Zaczynam poważnie rozważać zakup jakiejś wyrzutni większego kalibru. Nie, tym razem nie zdenerwowali mnie politycy, postrzelałabym w chmury sobie. Żeby dziur narobić i wpuścić trochę słońca bo od tych notorycznych ciemności zaczynam popadać w przygnębienie. Wychodzę skoroświt do pracy (fakt, o mało ludzkiej porze) - ciemno niczym w doopie. Gdzieś tak około ósmej od niechcenia robi się kilka tonów jaśniej, ale żeby móc znienawidzone świetlówki wygasić, ooo to nie, nie aż tak jaśniej. Drogę do domu mogę za to łaskawie przebyć przy świetle szumnie zwanym dziennym (o ile akurat pogoda nie ma w planach sypnąć śniegiem albo chlusnąć deszczem), by kilka chwil potem znów zamienić licznik energii elektrycznej w radosną karuzelę. 
Jeszcze na początku to wszystko jest do zniesienia: najpierw jest klimatyczne święto zmarłych ze zniczową łuną, potem długie wieczory spędzać można na czynnościach, na które latem brak jest czasu i ochoty, następnie nadchodzi grudzień i bombarduje magiom świont. Do tego momentu jeszcze człowiek się jako tako trzyma, tym bardziej, że najczęściej w nawale różniastych przedświątecznych zajęć i tak specjalnie nie ma czasu na rozmyślanie. Za to szary okres z obrzyganym niebem, który rozciąga się pomiędzy nowym rokiem a mniej więcej połową marca jest moim skromnym zdaniem zupełnie bez sensu i wpędza tysiące ludzi w niepotrzebną depresję, nabija kabzy firmom energetycznym i stanowczo powinien posiadać opcję przewijania na szybkim podglądzie. 
Bo ile można przesiadywać pod lampą?

18 September 2012

bez-PanW-ie

Dzień pierwszy.
12:00. Pojechał. Ale spokój w domu! W końcu komputer tylko dla mnie, w końcu poparpię sobie do woli. I utnę słodką drzemkę w ciągu dnia, bo mam zaległości w spaniu. Ale najpierw zjem śniadanie, bez uprzedniego pytania osiem razy 'a ty na co miałbyś ochotę?' a następnie zmywania tryliona naczyń, sztućców i garczuszków.
12:40. Jedzenie w samotności jakoś mniej smakuje. Poza tym ilość zmywania okazuje się identyczna jak dla dwóch osób, z tą różnicą, że nie ma komu oddelegować tej nader przyjemnej czynności.
13:00. Dobry moment na drugą kawę. Dużą! Cała kafetierka tylko dla mnie!
14:00. Ale nudny ten internet. Do tego po kawie odechciało mi się spać, pójdę chyba na basen. Albo lepiej na rower.
14:05. Ale najpierw posprzątam mieszkanie, przyjemnie się wraca do czystego.
14:50. I zmienię pościel.
15:00. A to może jeszcze od razu nastawię pranie, akurat będzie do wywieszenia jak wrócę z przejażdżki.
15:10. Pompowanie kół to ciężka fizyczna praca.
17:00. Jazda na rowerze pod wiatr w sumie też. Ledwo wtaszczam bicykl na wysokie drugie piętro.
17:15. Nie mam siły wywiesić prania. Kochanie, rozwiesisz pra... aa, nie ma. Pojechał.
17:30. Trzeba by coś zjeść.
17:50. Dobra, może być spaghetti z pomidorami.
18:30. Jeszcze więcej zmywania.
18:40. Popatrzę co tam w weekendowym wydaniu gazety.
18:50. Łapię się na tym, że nie wiem, co czytam, bo myślę co porabia Pan W.
19:00. Lepiej rozwieszę to pranie zanim ewoluuje w nowe, nieznane formy życia i samo wyjdzie z pralki.
19:15. Może coś obejrzę na vod.
19:30. Nie ma nic ciekawego. W każdym razie nic, co chciałabym obejrzeć sama.
19:40. Dobra herbatka nie jest zła.
19:50. Tylko czemu tak szybko stygnie. A, jesień idzie. O, pooglądam sobie lampy podłogowe.
20:00. Nadal podoba mi się ta sama co wcześniej. I nie chce być tańsza. Dla odprężenia strzelę sobie projekcik kuchni.
20:30. O, ale fajnie wyszło! Da się to jakoś zapisać, pokazałabym Panu W.?
20:35. A, trzeba być zalogowanym.
20:40. Ups, nie mam tu konta. W trakcie rejestracji mój elegancki projekcik diabli porwali do piekieł.
20:45. Nie, no nie chce mi się drugi raz tego robić. Poczytam sobie lepiej o Malcie.
21:30. Uu, zimno. I miałam się dziś wcześniej położyć.
21:35. Ale najpierw jeszcze jedna herbatka.
21:45. I papieros, a co! Na tarasie! :D wyjątkowo cicho dziś na podwórku.
21:55. Ożeszmatkocórkoifszyjscyświenci jak zimno. Gdzie jest mój szlafrok?!
22:00. Ach tak, schnie. No to jeszcze herbatki. I pod koc, poczytam jednak kawałek gazety.
23:15. Fuck, miałam się wcześniej położyć. Dobra, prysznic i do łóżka.
23:30. Strasznie wielkie to łóżko. I zimno coś. No tak, Prywatny Emiter Ciepła grzeje dzisiaj obce hotelowe piernaty.
23:35. Do tego żadnego znajomego zapachu. Po cholerę ja zmieniałam dziś tę pościel?
23:40. Nie no, tak się nie da spać. Zaczynam rozważać sporządzenie termoforu z butelki po wodzie mineralnej.
23:50. O, kołdra jest w poszewce w poprzek. To dlatego wystają mi stopy, gdy rozprostuję nogi. Pytałam już, po co zmieniałam dziś pościel?
00:00. Nie no, nie będę teraz tego poprawiać, ucieknie mi całe z trudem skumulowane ciepło. Poza tym jest godzina duchów i jeszcze mnie coś złapie za nogę. W pozycji embrionalnej całkiem przyjemnie się zasypia.
00:15. Pod warunkiem, że zaśnie się od razu.
00:30. Dobra, poprawię jednak tę kołdrę. I założę skarpetki.
00:40. I pójdę po ten termofor.
00:50. Chyba się udało.

Dzień drugi.
05:45. Jeszcze tylko dwie noce, jeszcze tylko dwie noce...

--------------------

Mały apdejt.

Dzień trzeci.
A jutro będzie tak:

Znalezione na blogu Chustki :*

a sasasasa! :-)

10 August 2012

W roli głównej - Pan Patison

Podaż tzw. darów Prezesa wprost z ukochanej wsi rozkręciła się już w tym sezonie na dobre. Oprócz popularnych ogórków, fasolki szparagowej i jabłek, które prażę ostatnio kilogramami, zawitały do nas także patisony. W tym roku postanowiłam wykorzystać je inaczej niż tylko jako nie jako dodatek do pysznego i zdrowego aczkolwiek nieco już przejadłego-nam-się leczo.


PLACUSZKI Z PATISONÓW

6 średnich patisonów (wielkości ~piłki tenisowej)
1 duża cebula
1 ząbek czosnku
1 jajo
łyżeczka soli
1-2 łyżki mąki
olej do smażenia

Patisony i cebulę zetrzeć na tarce o grubych oczkach, włożyć do durszlaka, przesypać solą i odstawić na godzinę, aby odciekły z nadmiaru wody. W tym czasie co najmniej 3 razy solidnie odcisnąć.
Odsączoną masę przełożyć do miski, dodać jajo, przeciśnięty przez praskę czosnek i wyrabiając stopniowo dosypywać mąki w takiej ilości, aby masa odchodziła od rąk. W moim przypadku były to niecałe dwie łyżki stołowe razowej mąki chlebowej, podejrzewam, że w przypadku niedostatecznego odsączenia z wody będzie potrzebne dużo więcej mąki.
Wyrobioną masę odstawić na kolejną godzinę do lodówki. Czas oczekiwania można wykorzystać na sporządzenie sosu:

TZATZIKI

4 średnie ogórki gruntowe
kilka ząbków czosnku (ilość zależna od mocy)
jogurt typu greckiego/bałkańskiego
sól
pieprz

Ogórki obrać, zetrzeć na tarce o grubych oczkach, posolić i włożyć do durszlaka dla pozbycia się nadmiaru wody. Dodać jogurt, przeciśnięty przez praskę czosnek oraz pieprz. Wstawić do lodówki.
Po upływie odpowiedniego czasu na niewielką ilość mocno rozgrzanego oleju nakładać nieduże porcje masy patisonkowej, smażyć z obu stron na złoto. Odsączać na ręczniku papierowym. Podawać z tzatzikami.


Smacznego! :-)