Showing posts with label Szału można dostać. Show all posts
Showing posts with label Szału można dostać. Show all posts

29 August 2013

I'm in love with my car, gotta feel for my automobile.


wyszłam dziś, w ramach fitnessu tudzież dla spuszczenia nadmiaru pary, nawoskować strzałę i zrobić porządki w bagażniku. kąpałam ją kilka dni temu w myjni, ale rutynowe mycie nie załatwia wszystkiego. oraz nie ma to jak porządne, ręczne woskowanie, do litrów wylanego potu i bólu ramion. rozrywkę ową urządziłam sobie pod bramą, dostarczając dużo radości sąsiadom i przypadkowym przechodniom. ciśnienie do wyrażania własnego zdania w każdych okolicznościach i na każdy temat jest w moich rodakach nieodmiennie przemożne. przy czym w dobrym tonie jest wyrażanie owego zdania z wyższością, bo co tam taka blond gówniara pół cetnara może wiedzieć o życiu (autentyk).
jeden był szczególnie upierdliwy, krążył jak ćma wokół światła, podchodził kilka razy, ślepy na fakt, że nie jestem w nastroju do pogawędek.

-oo, chyba wyjazd na urlop się szykuje?
ciekawe skąd ten pomysł. przerywam na moment i obserwuję.
-bo takie wielkie sprzątanie, pucowanie..
oo, rozumiem, że szanowny pan również kąpie się tylko na specjalnie okazje?
-po prostu należało jej się mycie. przepraszam, jestem zajęta.

widzę, że nie kuma, ale może typ z tych, co do wszystkiego potrzebują odpowiednio istotnego powodu, najlepiej popartego paroma bardzo ważnymi opieczętowanymi pismami.

-dziecko, dajżesz sobie już spokój, tego grata to na złom a nie tak polerować!
pan szanowny również do najmłodszych nie należy. pan szanowny nie wie również, że siedzi na tykającej bombie zegarowej. jeszcze jestem spokojna. łypię tylko złowieszczo i szlifuję dalej.
-a ile ten samochód ma lat?
razem ze mną i tak mniej niż pan. spierdalaj.

nic tak nie wkurwia jak brak reakcji, ale czerstwy emeryt się nie poddaje. cierpliwość pewnikiem w kolejkach wyrabiał za dawnego ustroju.

-halo, halo!
(łyp, to znowu do mnie? a, wrócił jak bumerang.)
-halo, ale w mieście nie wolno myć samochodu!
nie myję samochodu. woskuję go.
-ja widziałem jak pani nalewa na szmatkę wodę.
(fakt, przed woskowaniem przetarłam lakier z kurzu. wilgotną ścierką. bez rozlewania wody, za to rozważam mały rozlew krwi przy użyciu lewarka. albo łyżki do opon. w ostateczności posłużę się trójkątem ostrzegawczym, solidna, niemiecka konstrukcja, widać od razu, że produkowana z myślą o zastosowaniu zaczepno-obronnym. ech ci niemcy.)
-ja zaraz zawołam milicję!
aa.. czyli jednak. utknął przed 89. biedak.
-proszę bardzo. z przyjemnością z nimi porozmawiam.
-bezczelna gówniara!


chwila przerwy, dokończyłam woskowanie, zabieram się za bagażnik. wrócił. tacy zawsze wracają.

-ale te śmieci to chyba pani pozabiera?  (wywaliłam cały syf z bagażnika na chodnik)
ależ skąd też szanownemu panu przyszła podobna rzecz to do głowy. zamierzam zostawić ten uroczy pieprznik tak jak jest!
-tam na rogu są pojemniki do segregacji, folie osobno, szkło osobno, papier osobno.
doprawdy?
-niczego nie będę wyrzucać. wszystko mi się przyda.
-jak to..wszystko..?
-normalnie. nie ma tu ani jednej zbędnej rzeczy.
facio zaliczył opad szczeny i odpłynął gdzieś w odmęty osiedla mamrocząc jeszcze na odchodne pod nosem coś o gównażerii i bezczelności.
że też od razu na to nie wpadłam.. liczył najwyraźniej, że skubnie parę fantów za friko na własny użytek, czytaj: pokątny handelek oldskulem, a tu ch*j bombki strzelił.. nie będzie mamony..




25 March 2013

Wietrzna zmarzlina


 Przysięgam, że już nigdy nie będę narzekać, że mi za gorąco.

Nie, nie ospa skrzyżowana z przeziębionkiem, o wiosnę mi chodzi. A właściwie to o jej brak. Zmarzlina, co widać, słychać, a przede wszystkim czuć - jest lodowata, a jeśli już temperatura wzrasta, to najwyżej do kilku marnych kresek ponad zero. A wietrzna, bo najczęściej do kompletu wieje tak, że nawet jeśli już te biedne plus kilka jest, to przeciąg i tak znacznie  obniża odczuwalną temperaturę.

Ktoś się kiedyś wymądrzał, że nie ma złej pogody, a jedynie nieodpowiednio do tej pogody dobrana odzież. Otóż guzik prawda proszę państwa. Jak się zima uprze, to można sobie zakładać na cebulkę kewlary, polary i goreteksy poprawiając tu i ówdzie wełną oczywiście strzyżoną wprost z żywych, dziewiczych, kilkumiesięcznych jagniątek a i tak będzie człowiekowi zimno, czego jestem najlepszym przykładem. Nie, nie jestem za lekko ubrana. Nie, nie jestem przeziębiona. I nie, nie ważę za mało, co według niektórych upoważnia do komentarzy w stylu 'bo ciebie nie ma co grzać'. Piętnaście kilo temu bywało mi tak samo zimno. Rili.

Mało co potrafi mnie wyprowadzić z równowagi w równym stopniu jak zimno. Zimno długotrwałe, zalęgłe w środku, klujące się i dojrzewające dłuższy czas, zmieniające stopy w sople lodu a ręce w czerwone, zgrabiałe strzępki, usztywniające kręgosłup i przeszywające raz po raz wcale nie rozgrzewającym dreszczem. Nie zimowy spacer w najgorszej choćby aurze, nie jesienne, przenikliwie chłodne poranki i nie  globalna gęsia skórka przy zmianie ciuchów na basenie; te są nieprzyjemne, ale przewidywalne i chwilowe. Zlodowacenie typ permanent skrada się jak złodziej, zagnieżdża jak larwa w kokonie, rozlewa po całym organizmie a pozbyć się go bywa niezłym wyzwaniem. Na przykład w moim przypadku działają metody drastyczne skomasowane typu kąpiel we wrzątku i wrzątek do popijania.

Nie lubię jak mi zimno. Nie lubię zimna. W krajach skandynawskich na pewno jest pięknie, ale co z tego, skoro zimno. Jak czytałam książkę Marka Kamińskiego z jego wyprawy na biegun, było mi zimno. Jak mi latem za gorąco, włączam sobie Eskimo. W technikum miałam przyjaciółkę, której wiecznie było za gorąco, mnie - ciągle zimno. Była z ludzi, którzy są zdania, że jak jest za zimno, zawsze można się rozgrzać, a jak jest za gorąco, to trudno się schłodzić. Ona notorycznie otwierała okna, ja je zamykałam, a jednym z moich ulubionych miejsc na szkolnym korytarzu zimą był wielki grzejnik. Nie kręcą mnie zimowe krajobrazy, malowniczo prószący śnieg. Jego oślepiająco biała barwa też mnie tylko irytuje, bo wrażliwiec pod tym względem jestem, szczególnie po serii dziobania laserem po oku. A te kurty wszystkie! Te płaszcze, szale, czapy, buciory i onuce! Mam tego serdecznie dosyć, przykładowo schodzę po jedną rzecz do sklepu za rogiem i samo kutanie się trwa dłużej niż zakupy, a weź się jeszcze potem człowieku rozkutaj nazad z tych piernatów! Nie wspominając o tym, że już mi okna o mycie wręcz skamlają, z kuchennym się podstępem udało, jak tylko na jeden dzień zima odpuściła, ale dalej niet, nic, nul, a przecież nie będę ze skrobaczką ich myła.

Tak że - wiosno, weźże się zlituj babo, bo powariujemy w końcu.

14 January 2013

Niedziołek


Najlepsze niedziołki są oczywiście te spędzane razem, ale ponieważ Pan W. aktualnie zarabia na chlebek w korporacji, co to dnia świętego nie święci i prawa niewolnika pracownika do niedzielnego odpoczynku nie uznaje, co jakiś czas zdarzają mi się niedziołki samotne. 
Latem zwykle wygląda to zgoła inaczej, ale teraz, zimą... wstaje się w taki dzień co prawda wcześnie, ale tylko po to, żeby uprzyjemnić jęczącemu Panu W. poranek i wręczyć mu w drzwiach wypakowaną śniadaniówkę plus termokubek z gorrrącym napojem na wynos. Natychmiast po zamknięciu drzwi robi się susa do jeszcze ciepłego łóżka, przeciąga rozkosznie i z mlaśnięciem, po czym układa wygodnie w kręgu blasku hektorka, wyciąga mackę po gazetę, książkę albo łamigłówki i oddaje się leniwemu wyczytywaniu naprzemiennie z podrzemywaniem. W międzyczasie, jeśli bardzo kiszki skręca, można ugotować owsianki i zjeść ją wprost z rondelka. A jak już zrobi się bezwstydnie późno i wrodzone poczucie przyzwoitości mamrocze nad uchem, że nie wypada całej niedzieli przeleżeć w łóżku - można ewentualnie opuścić stanowisko dowodzenia, ogarnąć chatkę, pójść na zimowy spacer, zrobić obiad, urządzić sobie domowe spa tudzież jeszcze parę innych ciekawych rzeczy, a każdą z nich z kojąco na duszę wpływającym niemuszeniem.
:-)

10 January 2013

Wyjątkowo światłolubne stworzenie


Zaczynam poważnie rozważać zakup jakiejś wyrzutni większego kalibru. Nie, tym razem nie zdenerwowali mnie politycy, postrzelałabym w chmury sobie. Żeby dziur narobić i wpuścić trochę słońca bo od tych notorycznych ciemności zaczynam popadać w przygnębienie. Wychodzę skoroświt do pracy (fakt, o mało ludzkiej porze) - ciemno niczym w doopie. Gdzieś tak około ósmej od niechcenia robi się kilka tonów jaśniej, ale żeby móc znienawidzone świetlówki wygasić, ooo to nie, nie aż tak jaśniej. Drogę do domu mogę za to łaskawie przebyć przy świetle szumnie zwanym dziennym (o ile akurat pogoda nie ma w planach sypnąć śniegiem albo chlusnąć deszczem), by kilka chwil potem znów zamienić licznik energii elektrycznej w radosną karuzelę. 
Jeszcze na początku to wszystko jest do zniesienia: najpierw jest klimatyczne święto zmarłych ze zniczową łuną, potem długie wieczory spędzać można na czynnościach, na które latem brak jest czasu i ochoty, następnie nadchodzi grudzień i bombarduje magiom świont. Do tego momentu jeszcze człowiek się jako tako trzyma, tym bardziej, że najczęściej w nawale różniastych przedświątecznych zajęć i tak specjalnie nie ma czasu na rozmyślanie. Za to szary okres z obrzyganym niebem, który rozciąga się pomiędzy nowym rokiem a mniej więcej połową marca jest moim skromnym zdaniem zupełnie bez sensu i wpędza tysiące ludzi w niepotrzebną depresję, nabija kabzy firmom energetycznym i stanowczo powinien posiadać opcję przewijania na szybkim podglądzie. 
Bo ile można przesiadywać pod lampą?

18 September 2012

bez-PanW-ie

Dzień pierwszy.
12:00. Pojechał. Ale spokój w domu! W końcu komputer tylko dla mnie, w końcu poparpię sobie do woli. I utnę słodką drzemkę w ciągu dnia, bo mam zaległości w spaniu. Ale najpierw zjem śniadanie, bez uprzedniego pytania osiem razy 'a ty na co miałbyś ochotę?' a następnie zmywania tryliona naczyń, sztućców i garczuszków.
12:40. Jedzenie w samotności jakoś mniej smakuje. Poza tym ilość zmywania okazuje się identyczna jak dla dwóch osób, z tą różnicą, że nie ma komu oddelegować tej nader przyjemnej czynności.
13:00. Dobry moment na drugą kawę. Dużą! Cała kafetierka tylko dla mnie!
14:00. Ale nudny ten internet. Do tego po kawie odechciało mi się spać, pójdę chyba na basen. Albo lepiej na rower.
14:05. Ale najpierw posprzątam mieszkanie, przyjemnie się wraca do czystego.
14:50. I zmienię pościel.
15:00. A to może jeszcze od razu nastawię pranie, akurat będzie do wywieszenia jak wrócę z przejażdżki.
15:10. Pompowanie kół to ciężka fizyczna praca.
17:00. Jazda na rowerze pod wiatr w sumie też. Ledwo wtaszczam bicykl na wysokie drugie piętro.
17:15. Nie mam siły wywiesić prania. Kochanie, rozwiesisz pra... aa, nie ma. Pojechał.
17:30. Trzeba by coś zjeść.
17:50. Dobra, może być spaghetti z pomidorami.
18:30. Jeszcze więcej zmywania.
18:40. Popatrzę co tam w weekendowym wydaniu gazety.
18:50. Łapię się na tym, że nie wiem, co czytam, bo myślę co porabia Pan W.
19:00. Lepiej rozwieszę to pranie zanim ewoluuje w nowe, nieznane formy życia i samo wyjdzie z pralki.
19:15. Może coś obejrzę na vod.
19:30. Nie ma nic ciekawego. W każdym razie nic, co chciałabym obejrzeć sama.
19:40. Dobra herbatka nie jest zła.
19:50. Tylko czemu tak szybko stygnie. A, jesień idzie. O, pooglądam sobie lampy podłogowe.
20:00. Nadal podoba mi się ta sama co wcześniej. I nie chce być tańsza. Dla odprężenia strzelę sobie projekcik kuchni.
20:30. O, ale fajnie wyszło! Da się to jakoś zapisać, pokazałabym Panu W.?
20:35. A, trzeba być zalogowanym.
20:40. Ups, nie mam tu konta. W trakcie rejestracji mój elegancki projekcik diabli porwali do piekieł.
20:45. Nie, no nie chce mi się drugi raz tego robić. Poczytam sobie lepiej o Malcie.
21:30. Uu, zimno. I miałam się dziś wcześniej położyć.
21:35. Ale najpierw jeszcze jedna herbatka.
21:45. I papieros, a co! Na tarasie! :D wyjątkowo cicho dziś na podwórku.
21:55. Ożeszmatkocórkoifszyjscyświenci jak zimno. Gdzie jest mój szlafrok?!
22:00. Ach tak, schnie. No to jeszcze herbatki. I pod koc, poczytam jednak kawałek gazety.
23:15. Fuck, miałam się wcześniej położyć. Dobra, prysznic i do łóżka.
23:30. Strasznie wielkie to łóżko. I zimno coś. No tak, Prywatny Emiter Ciepła grzeje dzisiaj obce hotelowe piernaty.
23:35. Do tego żadnego znajomego zapachu. Po cholerę ja zmieniałam dziś tę pościel?
23:40. Nie no, tak się nie da spać. Zaczynam rozważać sporządzenie termoforu z butelki po wodzie mineralnej.
23:50. O, kołdra jest w poszewce w poprzek. To dlatego wystają mi stopy, gdy rozprostuję nogi. Pytałam już, po co zmieniałam dziś pościel?
00:00. Nie no, nie będę teraz tego poprawiać, ucieknie mi całe z trudem skumulowane ciepło. Poza tym jest godzina duchów i jeszcze mnie coś złapie za nogę. W pozycji embrionalnej całkiem przyjemnie się zasypia.
00:15. Pod warunkiem, że zaśnie się od razu.
00:30. Dobra, poprawię jednak tę kołdrę. I założę skarpetki.
00:40. I pójdę po ten termofor.
00:50. Chyba się udało.

Dzień drugi.
05:45. Jeszcze tylko dwie noce, jeszcze tylko dwie noce...

--------------------

Mały apdejt.

Dzień trzeci.
A jutro będzie tak:

Znalezione na blogu Chustki :*

a sasasasa! :-)

17 February 2012

Na słono


Po kilkunastu dniach siarczystych mrozów temperatura podskoczyła w okolice zera radośnie jak gumiś po soku z gumijagód i od razu z ostrej, ale suchej zimy zrobiła się zima śnieżna, gołoledziowa, rozbabrana i brejowata. O ile w półmroku poranka iskrzący i puchaty świeżo padly snih prezentuje się nieco magicznie i cieszy oczy, o tyle kilka godzin później niedobrze się robi na widok żałosnych resztek potraktowanych tzw. mieszanką zimową.

W naszym kraju panuje uporczywa mania zasypywania każdej odrobinki śniegu kilogramami soli. Na byle jak, z grubsza odgarnięty chodnik rzuca się w obfitej ilości agresywną słoną mieszankę, która po kilku chwilach zamienia śnieg w bure błoto. Bure i słone mokre błoto, w którym brnie się po kostki, które niszczy wszystko, co napotka na swojej drodze - buty, psie łapy, roślinność, podwozia samochodów...

Stosowanie tego syfu na ulicach jestem jeszcze w stanie przełknąć, bo zwykle za solarką przejeżdża pług i zgarnia błoto (niestety często na trawiaste pobocze), dzięki czemu drogi są czarne a przez to odrobinę bezpieczniejsze. Ale na chodnikach w zupełności wystarczyłoby ubicie śniegu i posypanie go tradycyjną mieszanką żwiru i popiołu, tak, by wytworzyła się warstwa o wystarczającej przyczepności, żeby nie uskuteczniać niezamierzonych tańców na lodzie. Samo posypanie solą i pozostawienie rozmiękłej brei samej sobie tego niestety nie gwarantuje. Dwa lata temu takie partackie przysypanie chodnika - nieodgarniętego ze śniegu - solą skończyło się u mnie miesięcznym paradowaniem w gipsie. Skoro w innych krajach - choćby w Szwecji, czy nie szukając aż tak daleko, u naszych południowych sąsiadów Czechów - to rozwiązanie się  z powodzeniem sprawdza, to dlaczego nie można przetestowanych sposobów wprowadzić u nas?

A już zupełnie nie pojmuję sensu sypania soli na alejkach w parkach. Tak, tak, w parkach, jakiś ęntelegętny inaczej, jakiś świeżo zachłyśnięty a może przeciwnie - zasiedziały decydent, o kompetencjach na poziomie władzy nad drzwiami od tramwaju, naprawdę wpadł na ten idiotyczny pomysł! W zeszłym roku na własne oczy widziałam to w kilku miejscach: puszysty, czysty śnieg otula miękko trawniki, na krzewach i drzewach zapierające dech w piersiach mroźno-śniegowe dekoracje, a do tego zgrzyt, od którego momentalnie bolą zęby - brudnobury jak nieszczęście, słony jak Morze Martwe i mokry niczym bagna Luizjany potoczek, który normalnie powinien być parkową ścieżką.

Odrobina myślenia jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Zamiast lamentować wiosną nad fatalnym stanem zieleni miejskiej, że uszkodzony system korzeniowy, że leczyć trzeba drzewa i olabogacotoznamidalejbędzie, wystarczy zimą nie zasypywać wszystkiego bez opamiętania grubą warstwą soli, bo tak pozornie najprościej.

12 August 2011

Kneblować...


...winno się co poniektórych profilaktycznie (jeden Bessie mawia wręcz, że rozstrzeliwać, ale jako pacyfistka pozostanę przy niewinnym kneblowaniu). Od wieków wiadomo, że lepiej zapobiegać niźli leczyć oraz prewencja przede wszystkim.

Napierdzielanie non-stop, przez osiem godzin skutkuje tym, że znam szczegółowo historię najbliższej i dalszej rodziny rzeczonej gaduły do trzech pokoleń wstecz, wszelkie aktualności z ich życia, wiem, gdzie mieszkają, wiem, z dokładnością niemal co do milimetra, jak mają wyposażone mieszkania, gdzie i kiedy spędzają wakacje (niejeden rzezimieszek ozłociłby mnie za te wszystkie informacje ^^), którą żonę bija mąż, a które dziecko jest prawdziwym facetem (bo bawi się tylko samochodzikami). Znam też poglądy polityczne (ojakaszkoda, że drastycznie odmienne od moich) oraz dziękipanijużwiem, że nasze państwo, proszę państwa to w ogóle jest do niczego, bo powinno dawać (piniędze rzecz jasna), bo się gadule i jej rodzinie należy - a nie daje... Opad ciągły i uwiąd mózgu. Nie wiem po co mi te wszystkie rewelacje, ale jak się słucha w kółko tego samego od paru lat, to już samo-się zapamiętuje i przypomina w najmniej odpowiednim momęcie.

Spotykając takie osobniki przestaje mnie dziwić, że ludzie za drobniaki albo i gratis, dla samego rozgłosu, szturmują wszelkie tok-szoły, urzekającehisterie i trudnesprawy. Póki siedzą w tym tivju - pół biedy, przymusu gapienia się w pudło... wróć, tera przeca ludziska jeden przez drugiego na połamanie nóg plaskacze kupują, a kto ma większy ten jest lepszy... biedni idioci; no więc przymusu oglądania tok-szołów nie ma, ale jak mi ktoś życie fejs-tu-fejs zatruwa... uuu to ja tam jestem za opcją, żeby tego typu zachowania były karalne na równi z jeżdżeniem na czerwonym. No albo żeby chociaż kneblowali.

To tak jak z durnowatymi przebojami lansowanymi na siłę w każdej radiostacji - wlezie człowiekowi taki umcyk-szajs w głowę i wyleźć nie chce po dobroci, trza później w domu egzorcyzmować przy pomocy goldringa.

25 July 2011

Gość przybył


i zostanie do środy.
Nie żebym nie lubiła ludziów, ale niekoniecznie muszą mi siedzieć na głowie tyle czasu.
Jedyna pociecha, że po wyjeździe Gościa znów poczuję się jak Icek bez swojej kozy :)

5 May 2011

Notka z serii 'na wieczną pamiątkę' odc. 1

Tak na wszelki wypadek, gdybym znowu zapomniała i strzeliło mi do głowy nabyć przepaskudne prześcieradło frotte z gumką:

Prześcieradła z gumką to zuo wcielone!! Szczególnie jak się nie posiada tradycyjnego łoża z dostępem 360 stopni. Prześcieradło z gumką awansowało na pierwsze miejsce mojej krótkiej listy znienawidzonych utensyliów domowych bijąc na... hmm, wkur-zalność pościel zapinaną na guziki.

31 January 2011

Notka sponsorowana przez NFZ

Tak się ostatnimi czasy składa, że dosyć często korzystam z usług służby zdrowia, publicznej czy niepublicznej, w każdym razie nie prywatnej, a refundowanej. A co! Płacę i wymagam! :)

Jak dotąd, nie było mi dane doświadczyć na własnej skórze kilkugodzinnych kolejek, opryskliwego personelu, odsyłania od Annasza do Kajfasza i tym podobnych przyjemności, chociaż bliższe i dalsze otoczenie regularnie karmi mnie smakowitymi opowieściami, które nadawałyby się na scenariusz niejednego thrillera.

Może rejestruję się w odpowiednich godzinach, może nie posiadam wygórowanych wymagań*, może sprawy, z którymi przychodzę są z medycznego punktu widzenia nieskomplikowane (a co za tym idzie, niewywołujące drastycznego skoku ciśnienia u personelu, głównie na myśl o ilości papierów do wypełnienia). A może po prostu mam szczęście i trafiam wciąż na dobrych ludzi.

Natomiast dzisiaj, już któryś raz z kolei rozbawiło mnie coś innego i mam w związku z powyższym niezwykle cenną wskazówkę. Otóż drogi pacjencie, jeśli zostaniesz zapytany o samopoczucie po poprzednim zabiegu, absolutnie nie śmiej powiedzieć, że wszystko było w porządku, nic cię nie bolało, wręcz byłeś jak nowo narodzony. Podczas przyjmowania zastrzyku nie waż się z uśmiechem na ustach twierdzić, że nic nie czujesz, bo przecież zastrzyk, szczególnie domięśniowy MUSI boleć, a potem jeszcze spowodować trądopodobny strup i wywołać dwudniowe zakwasy w całym ramieniu. Jeśli mimo to upierasz się przy swoim zdaniu, zostaniesz pokazany połowie przychodni jako anomalia.

Ostrzegam, że następnym razem jako eksponat skasuję za bilety :)




*) Po prostu nie oczekuję w gabinecie przyjacielskich pogaduszek i specjalnego traktowania. Od tego mam znajomych. Lekarz czy pielęgniarka nie muszą być mili, wystarczy, że będą grzeczni i rzeczowi w robieniu tego, na czym znają się lepiej ode mnie.

22 June 2010

Antysemityzm na co dzień

-Ta maszyna jest własnością żydowskiej firmy - wysyczało pod bankomatem czyste zło obleczone dla niepoznaki w wątłe ciało zasuszonej babuleńki.
Odsunęłam się nieco, nie dopuszczając, by skapujący jad przeżarł mi stopę.

17 June 2010

...

"Stary sposób na senne koszmary jest taki, że trzeba je opowiedzieć na głos nad otworem ubikacji, a potem spuścić wodę" - Olga Tokarczuk

13 May 2009

Notka dwukołowa o napędzie nożnym


Nie powiem, Ktoś mnie zainspirował!
taverna rousios, agia roumeli, crete, greece,october 2013
all rights reserved

Do zarabialni dojeżdżam sobie od dłuższego czasu rowerem. Poza oczywistymi korzyściami typu lepsza kondycja, silniejsze mięśnie (czytaj: w ogóle jakieś mięśnie :P) i uniezależnienie od kapryśnej jak panna na wydaniu komunikacji miejskiej szybko dały o sobie znać ułomności typu koktajl piaskowy w oczy, doprawiona na kwaśno zupa deszczowa i nierówne chodniki. No właśnie - chodniki :)

Na ulicy przez większość dnia jest niewygodnie. Z początku próbowałam jeździć jezdnią ze względu na zdecydowanie bardziej przyjazny układ świateł, ale szybko doszłam do wniosku, że poruszając się wolniej niż samochody, przeszkadzam i stwarzam zagrożenie. Trudno uniknąć omijania 'na lusterko', za którym jadąc rowerem nie przepadam, a że sama jestem kierowcą, wiem też, że to żaden komfort wyprzedzać rowerzystę na wąskim pasie.

Tak. więc, jeżdżę głównie po chodnikach. Rano, przed siódmą to sama przyjemność - szczątkowa ilość pieszych, w dodatku otumanionych wczesną porą. Po południu jazda chodnikiem zmienia się w fascynującą grę pt. prawo-lewo. Polega ona na tym, że część dobrze już rozbudzonych (a bywa, że o tej porze często i podkurwionych) ludziów nanożnych widząc parę metrów od siebie ludzia narowerowego dostaje nagłego zaniku zdolności analizowania sytuacji i dokonywania błyskawicznych wyborów i z obłędem w oczach miota się w porządku "krok w prawo-krok w lewo-obożeonanapewnomnieprzejedzie". Nie przejeżdżam, grzecznie omijam, a i tak zwykle doganiają mnie brzydkie słowa :) Miły przechodniu, uwierz, na chodniku jest miejsce i dla ciebie i dla mnie, zmieścimy się. Ja jadę powoli i z wysokości widzę lepiej co się dzieje parę metrów przede mną, zdążę zareagować. Ale ty w zamian nie rzucaj się po całej szerokości jak niezdecydowana ciotka, szczególnie jeśli jesteś poniżej wieku emerytalnego, starszym wybaczam z urzędu. Jeśli nie należysz do ok. 5% nie potrafiących jeździć rowerem i czasem się na nim przemieszczasz, jest niemal pewne, że kiedyś sam byłeś w opisanej sytuacji, albo rychło w niej będziesz.

Chodniki nie są dla rowerzystów? Ok, w takim razie od teraz z mściwą satysfakcją zaczynam potrącać osobników z upodobaniem lezących nielicznymi ścieżkami rowerowymi. Dzwonienie na nich najczęściej wywołuje oburzone spojrzenia i brzydkie słowa jak wyżej (o ile ścieżka ułożona jest z ładnych ceglastych kostek, upodobanie od biedy wytłumaczyć można perwersyjnymi ciągotami do czerwonych dywanów, a co kieruje ludźmi, gdy ścieżka to po prostu oddzielony linią kawałek chodnika? Pewnie nic. A jezdnią nie chodzą, przynajmniej na trzeźwo.)


PS. za osobniki z uszkodzoną wyobraźnią traktujące chodnik jak tor speedrowerowy z przeszkodami nie ponoszę odpowiedzialności.
Póki co po większości miejskich chodników rowerzyści poruszają się w charakterze gości i przede wszystkim od nich zależy by nie byli to goście nieproszeni.

23 February 2009

Notka zezłoszczona

tylko zezłoszczona, albowiem gdyż ponieważ dbamy o czystość języka i nie nadużywamy wulgaryzmów. Poza tym już się nakurwiłam bezpośrednio przy zdarzeniu.
Kolejny raz waląc bezsilnie głową w pszepienkny nowy słupek przystankowy doszłam do wniosku, że w tym, skądinąd cudnym mieście, jeśli mam liczyć na komunikację zbiorową to lepiej od razu strzelić sobie w stopę. Przy czym celowość, a raczej bezcelowość liczenia jest wprost proporcjonalna do ilości czasu jaki się posiada by dotrzeć w pożądane miejsce oraz ważności sprawy, którą ma się do załatwienia, a środek komunikacji o ile raczy w końcu przyjechać, to będzie swój własny środek miał zdezelowany, brudny i o temperaturze zblizonej do tych, jakie panują w lodówce, a dodatkowo, w dzień taki jak dziś możemy otrzymać gratis ekstra atrakcje w postaci wody kapiącej na głowę. Nie można też zapominać o nonszalancji godnej Kubicy, z jaką część kierowców wjeżdża w zatoczki: te rozbryzgi świeżego błocka, te półtorametrowe fontanny tryskające spod kół, coś wspaniałego!! Panu prezydentowi marzy się jakieś horrendalnie drogie cacko, a tymczasem umykają mu ulotne wrażenia dnia codziennego!!
Po takim dniu jak dziś mam nosie ekologię, ideologię i inne -ogie, wolę wsiąść w cieplutki samochód i beztrosko generować korki. Zresztą ja tam lubię korki, przynajmniej dobrej muzyki można w spokoju posłuchać a i własnego nosa nie trzeba narażać na obywateli, którzy zapomnieli nie tylko o porannym prysznicu, ale i o tym z wczoraj, z przedwczoraj, nie mówiąc już że zapomnieli, że nie trzeba już się orać w lodowatej Odrze na tarze i z kijanką - pralki istnieją i są powszechnie dostępne.
Mamuniu, co za szczęście, że wiosna idzie i będzie można wykorzystać własne nogi do przemieszczania się po chodnikach bez dwudziestocentymetrowej warstwy błocka!
A żeby nie było tylko jęczenia sprawiedliwie przyznam, że do pracy wozi mnie na czas to cieplutkie volvo, to mercedesik :)