14 February 2013

Kochajmy się!


Wszak dziś święto zakochanych!


Ja tam co prawda prycham jak kot na wzmiankę o obchodzeniu walentynek, bo jako stateczna obywateloza w słusznym wieku święto dzisiejsze uznaję za sztuczny amerykański przeszczep w polskie realia. Fanaberie! Dobre to dla młodzieży! Poza tym mamy przecież swoją słowiańską noc Kupały, Sobótką również zwane czy tam Nocą  Świętojańską, przypadające do tego w znacznie bardziej przyjaznej człowiekowi porze roku, kiedy chcąc uczcić co należy nie ryzykuje odmrożenia, na ten przykład, tyłka. A swoją drogą prywatne święto zakochanych mam codziennie, więc co mi tam taki oficjalny dzień w roku może zrobić :-)

Tak tak, nie dla wszystkich jest to może oczywiste i zrozumiałe, ale to, co miłe sercu pieścić należy dzień w dzień, stale i wytrwale, nie czekając na wielki dzwon, bo dziad ten spiżowy, gdy po długich, niczym panna na wydaniu, namysłach zdecyduje się wydać głos, to bije najczęściej już tylko na trwogę; pielęgnować trzeba z pietyzmem inicjatywy oddolne, dmuchać, chuchać, na boki rozglądać się rozsądnie, by horyzonta skurczeniu nie uległy, zmysły światem się nakarmiły a przefiltrowana treść mogła stać się przedmiotem rozmów międzyplanetarnych.


Żaliła mi się swego czasu jedna znajoma, że siły żywotne i motywacja już ją całkiem odeszły, jeśli idzie o jej chłopa, bo 'o uwagę jego zmuszona jest konkurować z jego pracą, komputerem i rowerem - w podanej kolejności', ale niestety nie znalazła u mnie ukojenia swych zszarganych nerwów ni krztyny zrozumienia, bo ja zwykłam wychodzić z założenia, że w związku chodzi o raczej o symbiozę a nie o pasożytnictwo. Takoż twierdzę, że nieposiadanie własnych zainteresowań, jakiegokolwiek hobby, czy choć tylko ulubionego zajęcia do niczego dobrego nie prowadzi i zwykle finał znajduje w uwieszeniu się na drugiej osobie i takich właśnie lamentach, że on czy ona śmie swoje sprawy przedłożyć nad niańczenie glona. I w gloniej głowie za nic nie chce pomieścić się rozumowanie, że może warto byłoby popracować nad sobą, sprawić, by to drugie też musiało trochę pozabiegać, pokonkurować o pierwsze, może nawet nie tyle konkurować, bo nie o wyścig przecież chodzi, ani też to nie są żadne zawody, ale by być dla drugiego człowieka ciekawszym, by go interesować, intrygować, by mieć o czym rozmawiać, mieć emocje i uczucia do podziału, mieć czym się przed sobą chwalić - i chwalić się wzajemnie i wzajemnie dopingować się do zwleczenia tyłka z kanapy.


Amen.

14 January 2013

Niedziołek


Najlepsze niedziołki są oczywiście te spędzane razem, ale ponieważ Pan W. aktualnie zarabia na chlebek w korporacji, co to dnia świętego nie święci i prawa niewolnika pracownika do niedzielnego odpoczynku nie uznaje, co jakiś czas zdarzają mi się niedziołki samotne. 
Latem zwykle wygląda to zgoła inaczej, ale teraz, zimą... wstaje się w taki dzień co prawda wcześnie, ale tylko po to, żeby uprzyjemnić jęczącemu Panu W. poranek i wręczyć mu w drzwiach wypakowaną śniadaniówkę plus termokubek z gorrrącym napojem na wynos. Natychmiast po zamknięciu drzwi robi się susa do jeszcze ciepłego łóżka, przeciąga rozkosznie i z mlaśnięciem, po czym układa wygodnie w kręgu blasku hektorka, wyciąga mackę po gazetę, książkę albo łamigłówki i oddaje się leniwemu wyczytywaniu naprzemiennie z podrzemywaniem. W międzyczasie, jeśli bardzo kiszki skręca, można ugotować owsianki i zjeść ją wprost z rondelka. A jak już zrobi się bezwstydnie późno i wrodzone poczucie przyzwoitości mamrocze nad uchem, że nie wypada całej niedzieli przeleżeć w łóżku - można ewentualnie opuścić stanowisko dowodzenia, ogarnąć chatkę, pójść na zimowy spacer, zrobić obiad, urządzić sobie domowe spa tudzież jeszcze parę innych ciekawych rzeczy, a każdą z nich z kojąco na duszę wpływającym niemuszeniem.
:-)

10 January 2013

Wyjątkowo światłolubne stworzenie


Zaczynam poważnie rozważać zakup jakiejś wyrzutni większego kalibru. Nie, tym razem nie zdenerwowali mnie politycy, postrzelałabym w chmury sobie. Żeby dziur narobić i wpuścić trochę słońca bo od tych notorycznych ciemności zaczynam popadać w przygnębienie. Wychodzę skoroświt do pracy (fakt, o mało ludzkiej porze) - ciemno niczym w doopie. Gdzieś tak około ósmej od niechcenia robi się kilka tonów jaśniej, ale żeby móc znienawidzone świetlówki wygasić, ooo to nie, nie aż tak jaśniej. Drogę do domu mogę za to łaskawie przebyć przy świetle szumnie zwanym dziennym (o ile akurat pogoda nie ma w planach sypnąć śniegiem albo chlusnąć deszczem), by kilka chwil potem znów zamienić licznik energii elektrycznej w radosną karuzelę. 
Jeszcze na początku to wszystko jest do zniesienia: najpierw jest klimatyczne święto zmarłych ze zniczową łuną, potem długie wieczory spędzać można na czynnościach, na które latem brak jest czasu i ochoty, następnie nadchodzi grudzień i bombarduje magiom świont. Do tego momentu jeszcze człowiek się jako tako trzyma, tym bardziej, że najczęściej w nawale różniastych przedświątecznych zajęć i tak specjalnie nie ma czasu na rozmyślanie. Za to szary okres z obrzyganym niebem, który rozciąga się pomiędzy nowym rokiem a mniej więcej połową marca jest moim skromnym zdaniem zupełnie bez sensu i wpędza tysiące ludzi w niepotrzebną depresję, nabija kabzy firmom energetycznym i stanowczo powinien posiadać opcję przewijania na szybkim podglądzie. 
Bo ile można przesiadywać pod lampą?