19 March 2011

Nie zna życia, kto nigdy nie jadł wodzionki!

czyli przesycony nadmiarem towarów do wyboru dostępnych w każdym spożywczym organizm podświadomie wybiera smaki pierwotne :)

Na jedną porcję:

-czerstwy bądź suchy chleb - 2-3 kromki - pokrojony w dużą kostkę
-ząbek czosnku przeciśnięty przez praskę
-łyżka stołowa smalczyku ze skwarkami (ale tylko i wyłącznie własnej roboty!!, z braku domowego smalczyku użyć masła)
-szczypta soli

Składniki umieścić w głębokim talerzu, zalać wrzątkiem, wymieszać i spożywać.

16 March 2011

Zaczęło się...

I to od razu z grubej rury.
Kilka dni temu obudziłam się z koszmaru. Śniło mi się, że wbiegam po wąskich i stromych schodach bez poręczy, po obu stronach przepaść, każda noga waży tonę i podnieść ją by pokonać następny stopień jest prawie niemożliwe. Pomagam sobie rękami, właściwie wspinam się po tych przerażających schodach na czworakach, brakuje mi tchu i męczy paniczny lęk wysokości. A potem odwracam się, by ocenić zagrożenie i dostrzegam, że tym, co mnie ściga, jest wielka, czerwona, dmuchana napęczniała trzydziestka.
Ufff....
:)

3 March 2011

A niebo nade mną...


Pół życia cierpię z powodu porannego wstawania. Śmiech pusty ogarnia mnie na wspomnienie katuszy, jakie cierpiałam musząc zrywać się z łóżka o 7 (!!!). Teraz to dobro luksusowe dostępne dla mnie tylko w dni wolne od pracy. W pozostałe dni tygodnia staje człowiek na baczność w środku nocy, pełza do łazienki, lewituje w kiblu i ogólnie od przebudzenia toczy pianę z ust pomstując na nieludzką porę.

Ale... Tak sobie wykoncypowałam, że jest coś, co rekompensuje mi dyskomfort wczesnych pobudek. Szczególnie teraz, gdy opuszczam ciepły Dom gdy już robi się/jest jasno, a nie po ciemku jak jakiś fukin'-kret.

Tym czymś jest niesamowite poranne niebo nad Wrocławiem. Czyste błękitne, udekorowane czerwonymi piórkami, białymi kłębkami jak z waty cukrowej, pocięte refleksami słonecznymi albo złowieszczo granatowe na zachodzie i obiecująco złociste na wschodzie. Słońce lubi w tych dniach wschodzić na czerwono, w zamgleniu matowe, jak wielki perłowy czupa-czups albo oślepiająco pomarańczowe, niczym kula ognista odbija się w oknach szarych wielkopłytowców na Legnickiej nadając im na moment nowojorski blask.

Mamy swoją prywatną wrocławską aurorę borealis. Wystarczy podnieść głowę.

I nawet wrony w tych chwilach poranka nie kraczą ochryple 'krra! krra!' tylko radośnie 'wrro! wrro!'

:)