Showing posts with label Baba Aga buja w obłokach. Show all posts
Showing posts with label Baba Aga buja w obłokach. Show all posts

28 February 2013

Zimowe wspomnienie do kolekcji


Z utęsknieniem wyglądam już wiosny, co dzień rano z nadzieją zerkam w niebo, czy może dziś słońce nas odwiedzi? Zaklinam nadejście cieplejszych dni a to remanentem w szafie, a to wymiataniem z kątów, tu nastawię świeżą porcję kiełków, tam schowam śniegowce na pawlacz... Prognozy z dnia na dzień są wprawdzie coraz to bardziej optymistyczne, ale wielkiego przełożenia na stan faktyczny jednakowoż nie mają (zapewne z tego powodu często określa się je mianem przepowiedni). Dlatego przyjemniej jest łapać chwile ulotne jak ulotka, miast skupiać się li i jedynie na czekaniu na coś, co i tak prędzej czy później nastąpi.

Kilka dni temu odwiedziliśmy kwakwapark, tak się złożyło, że podczas sporej śnieżycy. Po 'odpływaniu' dystansu obowiązkowego urządziliśmy sobie relaks w solance. W zewnętrznym basenie, pełnym cieplutkiej, słonej i mocno musującej wody, z buchającymi kłębami pary, wśród sypiącego niczym puch z rozdartej poszwy śniegu, z widokiem na pobliskie wzgórze, z którego ludzie zjeżdżali na sankach.

:-)

11 February 2012

Sen dobry na wszystko, weekend dobry na wszystko.


Baba Aga obudziła się dziś z poczuciem miłego spokoju w sercu. Po wczorajszych grzmotach i błyskach błękitne niebo jest pozytywną odmianą. Jak dobrze, że nie zawodzi stare dobre 'przespanie się' z kłopotem, że po przebudzeniu wciąż można liczyć na nabranie zdrowego dystansu i spojrzenia z innej perspektywy. Świadomość, że trwa weekend także pomaga, co prawda trzeba dziś trochę popracować - ale tylko trochę - a potem zająć się samymi przyjemnościami: wziąć w obroty wiernego Łucznika 466 i uszyć skrojoną wczoraj sukienkę, upichcić coś pysznego i napić się wina w dobrym towarzystwie.
Co i Wam polecam :-)

5 August 2011

Zapachy świata

W mojej kamienicy ktoś posiada maszynę do pieczenia chleba i aktywnie z niej korzysta. Ostatnio często budzi mnie zapach świeżego pieczywa. Kojarzy mi się z naszymi hiszpańskimi wakacjami, kiedy podczas zwiedzania Barcelony mieszkaliśmy w hostelu Erasmusa, a kilka pięter pod nami znajdowała się mała piekarnia. Tak samo skoroświt budził nas aromat pieczonego chleba, wyciągał z łóżka i znakomicie motywował do natychmiastowego udania się do pobliskiego sklepiku po świeże produkty na śniadanie, by następnie je skonsumować i pełnym nowej energii ruszyć na zwiedzanie.

Czasem przechodząc obok którejś miejskiej fontanny czuję w powietrzu tę samą arbuzową wilgoć, co nad Atlantykiem. Zostawiliśmy wtedy mglistą polską złotą jesień za sobą, by wpaść wprost w objęcia posezonowego portugalskiego październikowego skwaru, trzydziestu stopni w cieniu i fal, w jakich nigdy wcześniej (i jak dotąd, później) nie pływałam. Wrocław powitał nas śnieżną zadymką, ale w bagażach ciągle mieliśmy piasek z ciepłych plaż, a skórę rozgrzaną południowym słońcem.

Ostatnio w zaprzyjaźnionym warzywniaku nabyłam hurtowe ilości lubczyku. Już zamrożona w pojedynczych liściach, ta druga, dziwna pietruszka swoim niepowtarzalnym aromatem dosmacza nasze potrawy i przypomina dzieciństwo, kiedy 'zupy' gotowało się z chwastów a 'babki' lepiło z piasku zawzięcie szukając 'mokrego'.

Zapachy są czymś co na moją wyobraźnię oddziałuje chyba najbardziej. Nawet muzyka jest na dalszej pozycji.

Wystarczy jedna wywąchana kiedyś nuta by przywołać wspomnienia - i te miłe i te przykre. Wystarczy przelotny nawet aromat potrawy, by nagle nabrać na nią ochoty lub znienawidzić ją jeszcze bardziej niż dotąd. Wystarczy zapach kochanego człowieka, by poczuć się najbezpieczniej w świecie.


4 August 2011

Piękne perspektywy

Te bliższe - jutro piątunio, a po piątuniu jak to zwykle bywa następuje weekend. Co prawda znów ma kapać z niebios, a planowało się wyskok w przyrodę, ale uwzględniając, że ochocze wstawanie skoroświt przewalcowało mnie już od poniedziałku okrutnie - nawet mnie to na rękę. Będzie można się wyspać, dokonać domowych napraw bieżących (znowu ta kabina, grrr), zrobić sobie kino domowe , jednym słowem o d p o c z ą ć. A jeśli pogoda jednak się namyśli - to wieś, słońce, woda, hulajdusza :)))
I te dalsze - wakacje! Po namysłach i dywagacjach, rozważaniach i niezdecydowaniach decyzja została podjęta w sekundpięć, a bilety na fruwające paskudztwo oraz baza na samym skraju plaży - definitywnie zarezerwowane. Już się cieszę na myśl o zasypianiu przy szumie fal, poranną kawę na tarasie z widokiem na morze, bezwstydne ilości owoców morza i wina, rozmowy, spacery... Już się nie mogę doczekać!

27 July 2011

Człap człap...

Noga za nogą.
Lubię tak łazić dla samego łażenia (no i jeszcze inwentaryzacji zmieniającego się otoczenia).
I dobrze się człapie z kimś :)

23 July 2011

Już prawie połowa lata...

... a ja nie jadłam jeszcze wakacyjnych kanapek z pasztetem, pomidorem i surową cebulą. Z roku na rok czas biegnie coraz prędzej i prędzej jakby chciał pobić własną życiówkę. No i po co, pytam?

Chce mi się do przyrody. Do lasu, nad wodę, na jagody (czy grzyby już są?), byle dalej od szumiącego miasta. Z wakanapką w kieszeni.

24 May 2011

Wiedźma na zakręcie

Miotły z natury są narowiste i lubią fundować niespodziewane wiraże.

Baba Aga wyobrażała sobie, że życie potoczy się tak jak planowała, w końcu od czegoś jest szklana kula.

Ale szklana kula rozprysła się w one million kawałkas that day, gdy miotła wykonała zaskakujący zwrot.

W refleksach rozbitej szklanej kuli Baba Aga, wytężając wzrok dojrzała też rozbite okulary.
Wróżba pomyślną może być nie dalej niż za miesiąc.

Zaklinam, pewnego niezbyt odległego dnia przebudzenie przyniesie mi coś, czego nie znam.
Nawet nie wiem, jak to sobie wyobrazić.

25 March 2011

Przebitki sprzed ćwierćwiecza

W taki sam, trochę ponury wiosenny dzień jak dziś, kiedy słońce zza chmur wychyla się bardzo oszczędnie, za to deszcz spadnięciem grozi co rusz i o klepaniu babek w piaskownicy nawet nie ma co myśleć, pięcioletnie blond półdiablę marudzi z nosem rozpłaszczonym na kuchennym oknie.

'Jagusia, do jasnej anielki, ale nie palcuj mi szyb, dopiero co umyłam' - fuka lekko podirytowana Mama - 'chodź, dam ci farbki'.

I rozkłada na kuchennym stole najpierw gazetę, potem zbieraninę dziecięcych akwarelek w plastikowych płaskich pudełkach, niektóre kolory są pokruszone, inne 'wymalowane', jeszcze inne prawie nietknięte. Stawia kubek z wodą, podaje pędzelki, z ojcowskich zapasów przynosi szarawe arkusze papieru.

A może sama sobie te wszystkie skarby wyciągam z przepastnej szafki pod kuchennym zlewem, gdzie mieszkały wówczas niemal wszystkie moje zabawki?

A potem Mama, szykując obok na tym samym stole obiad popatruje, zachwyca się, chwali, nie dowierza, czasem gani za zbytnie zadzieranie nosa.

Prawie taki sam dzień jak dziś, tylko dwadzieścia pięć lat temu.

3 March 2011

A niebo nade mną...


Pół życia cierpię z powodu porannego wstawania. Śmiech pusty ogarnia mnie na wspomnienie katuszy, jakie cierpiałam musząc zrywać się z łóżka o 7 (!!!). Teraz to dobro luksusowe dostępne dla mnie tylko w dni wolne od pracy. W pozostałe dni tygodnia staje człowiek na baczność w środku nocy, pełza do łazienki, lewituje w kiblu i ogólnie od przebudzenia toczy pianę z ust pomstując na nieludzką porę.

Ale... Tak sobie wykoncypowałam, że jest coś, co rekompensuje mi dyskomfort wczesnych pobudek. Szczególnie teraz, gdy opuszczam ciepły Dom gdy już robi się/jest jasno, a nie po ciemku jak jakiś fukin'-kret.

Tym czymś jest niesamowite poranne niebo nad Wrocławiem. Czyste błękitne, udekorowane czerwonymi piórkami, białymi kłębkami jak z waty cukrowej, pocięte refleksami słonecznymi albo złowieszczo granatowe na zachodzie i obiecująco złociste na wschodzie. Słońce lubi w tych dniach wschodzić na czerwono, w zamgleniu matowe, jak wielki perłowy czupa-czups albo oślepiająco pomarańczowe, niczym kula ognista odbija się w oknach szarych wielkopłytowców na Legnickiej nadając im na moment nowojorski blask.

Mamy swoją prywatną wrocławską aurorę borealis. Wystarczy podnieść głowę.

I nawet wrony w tych chwilach poranka nie kraczą ochryple 'krra! krra!' tylko radośnie 'wrro! wrro!'

:)

9 September 2010

I jeszcze jedna bonusowa notka nostalgiczna

Ściśle i nierozerwalnie związana z aktualną porą roku, tą moją najulubieńszą: przymgloną, chłodnawą, mżącą lub chłodno-słoneczną.

Marzenia się spełniają.

Naprawdę :)

Trzeba to sobie tylko uświadomić, co najczęściej następuje po czasie (niekiedy bardzo długim).

8 September 2009

Notka końcowoletnia

Pewnie znów się powtarzam, nie dalej jak rok temu pisałam zapewne na ten sam temat -

-lubię tę porę roku.

Już nie lato, nie upały, nie gorące wieczory i noce, nie pyliste i drgające powietrze, nie szukanie ochłody w najmniejszym skrawku cienia - ale jeszcze nie ciepłe ubrania, jeszcze sandałki są w użyciu, a po rześkim poranku przychodzi słoneczny, ciepły dzień. Miasto jest ciekawsze o tej porze roku - rano, spowite lekką mgiełką i muśnięte różem dopiero co wzeszłego słońca traci dosłowność i przenosi przechodniów w nieco bajkowy świat*, w południe jeszcze nie pozwala zapomnieć lipcowego skwaru, a wieczorami zapachem palonych liści przywołuje miłe wspomnienia. To czas, kiedy perspektywa włożenia na siebie czegoś cieplejszego nie powoduje przykrości, a nieokreśloną przyjemność. Choć coraz krótsze dni, to jeszcze nie ta przygnębiająca pora, kiedy wychodzi się i wraca po ciemku, jeszcze zmierzch sprawia przyjemność i zachęca do spaceru, ale równocześnie czas, w którym coraz lepiej smakują książki i domowe seanse filmowe, w którym już nie żal zostać w domu 'bo tak ładnie na zewnątrz'. To jest pora magiczna, przejściowa, zmienna i ulotna.




*o ile poranny wqrw pozwoli zabieganym na rozglądnięcie się wokół.

10 March 2009

Notka gumiasta czyli czym wypełnić puste miejsce jak się nie ma lepszych pomysłów

Tak, owszem, wyjeżdżało się :) i niebawem wyjedzie się znów. I znów i znów, raz bliżej, raz dalej, raz tylko nad najbliższą kałużę a innym razem nad tę trochę dalszą. Ale tymczasem, póki co...
Nic mi się nie chce.
Zawsze o tej porze roku nic mi się nie chce. Strajk i wyżuta guma orbit, wszystko może poczekać bo ważniejsze jest spanie w ilościach nieprzyzwoitych - najlepsze i niezawodne antidotum na zły humor, niechciejstwo i próbujące nadgryzać przeziębienia. Liczę też na to, że jak już się wyczołgam ze snu to wczołgam się bezpośrednio w minimum 15 stopni w słoneczny dzień a nie taką bryndzę jak obecnie.

12 February 2009

Notka merfiująca

Zaiste, najlepszym sposobem na to, aby wywołać zimę, w momencie gdy jest to ostatnia rzecz, o jakiej marzę, jest napisać na blogu notkę nadziejowiosenną.
Analogicznie jak wywołać spóźniający się autobus zapaleniem ostatniego papierosa, czy sprowokować los nieposiadaniem absolutnie żadnej gotówki w portfelu w trakcie awarii terminali.
Swoją drogą śnieg, w lutym, w tej części świata... bez sensu :P

1 February 2009

Notka czasowstrzymująca

Równolegle do i niezależnie od notorycznego marudzenia w prawie każdej rozmowie, że 'jak dla mnie to mogłaby już być wiosna', lub też że 'mam powyżej noszenia na sobie każdorazowo ośmiu warstw odzieży', coraz częściej zauważam, że czas pędzi.
Gdy byłam małym dzieckiem, czas może i istniał - gdzieś tam w tle odmierzany przez nakręcany zegar po dziadku. Gdy podrosłam, zaczął mijać bardziej zauważalnie, dzielony między szkołę a dom. Po przyjeździe na studia do Miasta powoli nabierał tempa, najpierw maszerował, potem przeszedł w trucht, w końcu w regularny bieg. A teraz pędzi jak szalony wywołując zadyszkę.
Kiedy, jakim cudem minęło niezauważalnie te 31 dni stycznia?! Jak? No dobra, może styczeń akurat, uwzględniając ilość spraw załatwionych w nim i związaną z tym bieganinę, mógł minąć szybko. Ale mroźny leniwy grudzień? Ponury leniwy listopad? Jesienny leniwy październik? Itd, itd? Rok jawi się jako mikstura złożona z czterech leniwych pór , którą ktoś wrzucił do blendera i wcisnął przycisk 'on'.
Z każdym miesiącem mam coraz silniejsze wrażenie, że siedzę w rozpędzonym pociągu i nie jest to linia pkp - to co najmniej teżewe jeśli nie inny japanese satan, w którym ktoś złośliwie pourywał rączki od hamulców awaryjnych, a szalony maszynista ani myśli zwolnić.
Pora już trochę wyhamować i w wiosnę wejść spacerkiem.

17 December 2008

Notka wywołana

Wywołana przeczytaniem tego wpisu.
Ranyyy... mam identyczne wspomnienie, tylko moim marzeniem było dostać 'domek dla lalki z mebelkami', rzecz dwadzieścia parę lat temu raczej niedostępną, szczególnie na prowincji.
I dostałam ten domek, Rodzice zrobili go własnoręcznie z będących pod ręką materiałów i był sto razy piękniejszy niż rurzowe plastikowe koszmarki, które widywałam już później, w erze dostępności wszystkiego...

14 November 2008

Notka zapożyczona

A raczej nie sama notka a pomysł na (tekst 'pomysł na' też jest zapożyczony od firmy produkującej żywnościowe oksymorony czyli niejadalne pół- oraz produkty spożywcze).

Czytam sobie ostatnio jedną książkę. Czytanie związane jest ściśle i nierozerwalnie z nagłymi napadami szalonego chichotu (a może cziczotu? ;) ) na przemian z refleksyjnym 'pełnoetatowa racja...'. O ile odkrywanie zabawnych fragmentów lepiej pozostawić każdemu czytaczowi (bo potem może już tak nie śmieszyć, a poza tym niekoniecznie to z czego zaśmiewam się ja będzie równie cieszyło innych), o tyle przed wyjawieniem mądrych mądrości oporów nie mam.

'Ogon jest jeden, a muuch wiele... - powiada Księga Mądrości Mu.
Znaczy to mniej więcej tyle, że wszystkich kłopotów od siebie nie odgonisz - niektóre muszą cię dosięgnąć i boleśnie ukąsić.
Kto nie jest w stanie cierpliwie znosić ukąszeń losu, będzie coraz więcej czasu tracił na bezskuteczne wymachiwanie ogonem. I stopniowo popadnie w obłęd, gdyż całą treścią jego życia stanie się unikanie nieuniknionego.
Księga Mądrości Mu uczy, że zamiast się z nieuniknionym szarpać, lepiej mu się poddać i przeczekać. Ogon jest jeden, a muuch wiele... - powiada Mu i zaraz po tym dodaje: ...ale wszystkie w końcu kiedyś odlatuują.'*

Proste zdanie, a trafia w samo sedno; ubranie w słowa myśli, które krążą czasem po głowie w niesprecyzowanej postaci i nie wiadomo czemu nie chcą skleić się w tak zgrabne frazy (może dlatego, że proste słowa z gardła nie chcą wyjść najbardziej**).




* Wojciech Cejrowski, 'Rio Anaconda', Zysk i S-ka Wydawnictwo, Warszawa 2006.
** T.Love, 'Ajrisz'