27 lipca 2010

(nie do końca) zawiedzione nadzieje

Stoję sobie ostatnio w kolejce do kasy, za mną uśmiechnięta para w wieku mocno emerytalnym wykłada swój towar przekomarzając się przy okazji po cichu. Nagle pan, korzystając z chwilowej nieuwagi swojej małżonki nachyla się ku mnie i z zawadiackim uśmieszkiem, wskazując na jeden z moich produktów szepce:
-Proszę pani, czy mógłbym się dowiedzieć, w którym miejscu sklepu można znaleźć te kiełbaski wieprzowe? Bo moja żona kupuje tylko drobiowe, ona mówi, że chudsze, zdrowsze, ale każdy szanujący się mężczyzna wie, że nie ma to jak świniak!!
Jednocześnie cały czas łakomie przygląda się paczuszce, nagle na jego twarzy odbija się zawód i zanim zdążyłam coś wyjaśnić, kontynuuje:
-A... to są pieprzowe... źle przeczytałem, myślałem, że może wieprzowe, już sobie narobiłem apetytu...
Musielibyście widzieć jego minę, kiedy mu wyjaśniłam, że kiełbaski są jak najbardziej wieprzowe :))

15 lipca 2010

Wróżka ze mnie żadna...

...raczej wiedźma (nie mylić z czarownicą!), ale na ludziach trochę się znam.

Każdy lubi mieć rację.
Szczególnie wtedy, kiedy tę rację naprawdę zwyczajnie ma, gdy nie została wykłócona przez postawienie na swoim za pomocą głupawej argumentacji, bo i tak bywa. Cieszy, gdy własne, wypracowane na podstawie obserwacji ludzkich zachowań opinie czy też przekonania znajdują potwierdzenie w kolejnych sytuacjach.

Dlatego odczuwam nieskrywaną satysfakcję, że kolejny raz sprawdza się moja teoria, pt. 'dorośli, ukształtowani ludzie się nie zmieniają' (nagle i z zaskoczenia). Owszem, zdarzają się przemiany na zasadzie wyjątków potwierdzających regułę, ale cała reszta Przypadków określanych w towarzystwie jako 'ale on się bardzo zmienił', czy 'nie masz pojęcia jak ona się zmieniła' to niemal zawsze krótkotrwałe wdzianie maski (zwykle tzw. stoosiemdziesięciostopniowej) w reakcji na niesprzyjające w danej chwili Przypadkowi okoliczności życiowe. Otóż mam pojęcie jak bardzo ktoś się może zmienić - zmienić na chwilę. Zaś po wywarciu odpowiedniego wrażenia na ogóle i przekonaniu do nowego wizerunku zadowalającej liczby osłów nie potrafiących myśleć samodzielnie, Przypadek cichaczem powraca do swoich dawnych przyzwyczajeń i zachowań.

Jak niepowszechnie wiadomo, niespecjalnie przepadam za niespodziankami, więc tego typu przewidywalne zakończenia radują me serce po wielokroć :)


4 lipca 2010

Bessie

Bessie jest jedyną znaną mi osobą, która do czytania na kąpielisku zabiera notatki do egzaminu. A potem oczywiście elegancko je olewa.
-Na bezludną wyspę też byś pewnie wziął notatki do egzaminu. I tak samo ich nie czytał - stwierdzam.
-Nie, na bezludną wyspę zabrałbym Cottona. Chemię nieorganiczną, w końcu miałbym czas, żeby się tego wszystkiego nauczyć - odparł z uśmiechem kota, który połknął kanarka.
Gdyby to słyszał Wielki Szu Prof. P. ... Ma ktoś może komórkę do niego? :))

22 czerwca 2010

Antysemityzm na co dzień

-Ta maszyna jest własnością żydowskiej firmy - wysyczało pod bankomatem czyste zło obleczone dla niepoznaki w wątłe ciało zasuszonej babuleńki.
Odsunęłam się nieco, nie dopuszczając, by skapujący jad przeżarł mi stopę.

17 czerwca 2010

...

"Stary sposób na senne koszmary jest taki, że trzeba je opowiedzieć na głos nad otworem ubikacji, a potem spuścić wodę" - Olga Tokarczuk

5 lutego 2010

Notka sennikowa

Wczoraj...
Wróciłam z pracy. W Domu czyhały zwykłe czynności - odgruzowywanie, pranie, obiad. W ich trakcie znalazł się czas na gorącą herbatę. W pewnym momencie przypomniało mi się, że przecież dziś wyjeżdżam, już, zaraz, za moment, że muszę jeszcze spakować trylion Bardzo Przydatnych Przedmiotów. Pakowałam walizki i torby w panice i popłochu, do wyjazdu pozostało zaledwie kilkanaście minut. Ludzie, z którymi miałam jechać przyszli po mnie, ale ponieważ nie byłam jeszcze gotowa, zabrali tylko moje bagaże, ja z podręczną torebką na dworzec miałam dotrzeć sama. Udało mi się w końcu jakoś wybrać, pędzę z rozwianym włosem na pociąg, wpadam na peron... i widzę przysłowiowy koniec odjeżdżającego pociągu.
I w tym momencie się obudziłam.
Ale zdążyłam jeszcze przez chwilę poczuć wielkie szczęście, które nie minęło po przebudzeniu. Szczęście, w którego tle słychać łoskot spadających głazów, tych co czasem na sercu się rozpanoszą, które pachnie wolnością i obietnicą lepszych dni, ulotne, nieczęsto odczuwane wrażenie, że od teraz Wszystko Będzie Dobrze.
Kolejny raz się przekonuję, że w życiu, do mojego osobistego szczęścia nie jest mi potrzebne zbyt wiele rzeczy, że paradoksalnie pozbywając się czegoś, niczego nie tracę, a wręcz przeciwnie, bilans wychodzi na plus. I nie mam na myśli przedmiotów materialnych, w każdym razie nie tylko. Balastem w moim życiu najczęściej są złe emocje, zapieczone złości, ograniczenia narzucane przez ludzi, z bliższego i dalszego otoczenia, którzy zawsze wiedzą lepiej, jak trzeba żyć.
Jak to dobrze znowu poczuć się wolnym, wstawać ze świadomością, że kolejny puzel wskoczył na swoje miejsce i układanka przynajmniej chwilowo wygląda na kompletną :)

Dzisiejszą notkę sponsoruje Seweryn. O, przepraszam, Pan Seweryn :)

24 grudnia 2009

Stastne a Vesele Vanoce!


Radosnych rodzinnych Świąt
prezentów po horyzont
zdrowia, szczęścia, z życia zadowolenia
i nie-pęknięcia-z-przejedzenia



19 listopada 2009

Notka dla przyzwoitości

Well... :)
Nie sposób dłużej zwlekać w milczeniu, czas jakoś przerwę w pisaniu wyjaśnić. Dzięki wszystkim, którzy pamiętają, dopytują, niecierpliwią się, molestują i nagabują.
Powodów jest kilka, mniej lub bardziej istotnych, najważniejszy zaś taki, że mi się zwyczajnie nie chce. Miniechcesię powodowane jest głównie przez instynktowne wrodzone dążenie do minimalizowania czynności zbędnych, jaką ostatnimi czasy w moim odczuciu stało się publiczne bieżące relacjonowanie przemyśleń, uczuć i wydarzeń z życia, zwane na użytek tej notki w skrócie blogowaniem. Niemały wpływ ma też ilość czasu spędzana z dala od komputera, a ta zwiększyła się znacząco na korzyść realu -przy okazji powodując zastanawiające wydłużenie doby - tym bardziej, że rozrywek nie wiążących się z obecnością w sieci jest jednak więcej i jakby bardziej atrakcyjnych.
Blogowanie wraz z inną aktywnością internetową zeszło więc na plan wybitnie dalszy i na takim do odwołania pozostanie.


Do kiedyś! :)


8 września 2009

Notka końcowoletnia

Pewnie znów się powtarzam, nie dalej jak rok temu pisałam zapewne na ten sam temat -

-lubię tę porę roku.

Już nie lato, nie upały, nie gorące wieczory i noce, nie pyliste i drgające powietrze, nie szukanie ochłody w najmniejszym skrawku cienia - ale jeszcze nie ciepłe ubrania, jeszcze sandałki są w użyciu, a po rześkim poranku przychodzi słoneczny, ciepły dzień. Miasto jest ciekawsze o tej porze roku - rano, spowite lekką mgiełką i muśnięte różem dopiero co wzeszłego słońca traci dosłowność i przenosi przechodniów w nieco bajkowy świat*, w południe jeszcze nie pozwala zapomnieć lipcowego skwaru, a wieczorami zapachem palonych liści przywołuje miłe wspomnienia. To czas, kiedy perspektywa włożenia na siebie czegoś cieplejszego nie powoduje przykrości, a nieokreśloną przyjemność. Choć coraz krótsze dni, to jeszcze nie ta przygnębiająca pora, kiedy wychodzi się i wraca po ciemku, jeszcze zmierzch sprawia przyjemność i zachęca do spaceru, ale równocześnie czas, w którym coraz lepiej smakują książki i domowe seanse filmowe, w którym już nie żal zostać w domu 'bo tak ładnie na zewnątrz'. To jest pora magiczna, przejściowa, zmienna i ulotna.




*o ile poranny wqrw pozwoli zabieganym na rozglądnięcie się wokół.

29 lipca 2009

Notka wakacyjna

czyli blog też ma wakacje :) Pomiędzy jednym urlopem a drugim znalazła się jednak mała chwila na parę słów (w końcu nikt nie chce siedzieć w zamrażarce :) ).

Placki cukiniowo-ziemniaczane z bundzem

Porcja dla dwóch NAPRAWDĘ NIEMOŻLIWIE głodnych osób lub dla większej ilości jako przegryzka.

1 mała cukinia
2-3 ziemniaki
1 cebula
1 ząbek czosnku
1 jajko
10 dag bundza (mozarelli, bryndzy, w ostateczności żółtego sera)
sól, pieprz, ja dodaję lubczyk :D
oliwa do smażenia

Cukinię i ziemniaki zetrzeć na tarce na GRUBYCH oczkach, dodać pokrojoną w drobniutką kosteczkę cebulę, przeciśnięty przez praskę czosnek i żółtko jaja. Posolić ile kto lubi, dobrze wymieszać, odstawić.
Bundz drobno pokroić (np w paseczki 3x0.3x0.3 cm, lub w małą kostkę). Ubić białko jaja na sztywną pianę.
W tym czasie w misce z resztą składników powinna wydzielić się duża ilość płynu - dobrze odcisnąć np na gęstym sicie a jeszcze lepiej przez gazę. Po odciśnięciu dodać ser i białko, wymieszać delikatnie, doprawić pieprzem. Przy dobrym odciśnięciu nie potrzeba dodawać mąki, bo jak powszechnie wiadomo, mąka to ZUO.
Bardzo mocno rozgrzać niewielką ilość oliwy. Łyżką kłaść na patelnię nieduże placuszki, smażyć z obu stron na złoto. Po usmażeniu odsączyć na papierowym ręczniku, bo jak powszechnie wiadomo, nadmiar tłuszczu to ZUO.

Podawać można z sosem czosnkowym, tajskim, guacamole, sałatką z pomidorów, śmietaną, kefirem, sałatą, kawałkami mięsa i czym tam komu jeszcze przyjdzie do głowy. Uprasza się o nie pęknięcie z przejedzenia.

Smacznego :)

4 czerwca 2009

Notka niedosłyszana

Upały rzucają się na słuch, wiedzieliście?

Idę Ci ja sobie kilka dni temu służbowo w miasto, a że upał był ponadprzeciętny to i koszulkę odpowiednio wykrojoną na się wdziałam. No i tak sobie maszeruję, aż tu za mną słyszę dwa męskie robotnicze głosy...

Robotniczy głos #1: - Ale ładny wzorek.
Robotniczy głos #2: - Co mówisz? Aaa, że ładny wtorek, no ładny, ładny...
Robotniczy głos #1: - Wzorek mówię! Wzorek, nie wtorek!! Ty to głuchy jesteś!!!
Robotniczy głos #2: - A sam jesteś głupi!


:)

28 maja 2009

Notka zaniemówiona

Łał.

Zagadnienie pałętało mi się w głowie od dobrych paru tygodni. Pre-notka cierpliwie czekała na przeredagowanie i dopieszczenie.
No to się nie doczekała - Ben zrobił temat za mnie, co więcej zrobił to lepiej :)

13 maja 2009

Notka dwukołowa o napędzie nożnym

Nie powiem, Ktoś mnie... zainspirował :P

Do zarabialni dojeżdżam sobie od dłuższego czasu rowerem. Poza oczywistymi korzyściami typu lepsza kondycja, silniejsze mięśnie (czytaj: w ogóle jakieś mięśnie :P) i uniezależnienie od kapryśnej jak panna na wydaniu komunikacji miejskiej szybko dały o sobie znać ułomności typu koktajl piaskowy w oczy, doprawiona na kwaśno zupa deszczowa i nierówne chodniki. No właśnie - chodniki :)

Na ulicy przez większość dnia jest niewygodnie. Z początku próbowałam jeździć jezdnią ze względu na zdecydowanie bardziej przyjazny układ świateł, ale szybko doszłam do wniosku, że poruszając się wolniej niż samochody, przeszkadzam i stwarzam zagrożenie. Trudno uniknąć omijania 'na lusterko', za którym jadąc rowerem nie przepadam, a że sama jestem kierowcą, wiem też, że to żaden komfort wyprzedzać rowerzystę na wąskim pasie.

Tak. więc, jeżdżę głównie po chodnikach. Rano, przed siódmą to sama przyjemność - szczątkowa ilość pieszych, w dodatku otumanionych wczesną porą. Po południu jazda chodnikiem zmienia się w fascynującą grę pt. prawo-lewo. Polega ona na tym, że część dobrze już rozbudzonych (a bywa, że o tej porze często i podkurwionych) ludziów nanożnych widząc parę metrów od siebie ludzia narowerowego dostaje nagłego zaniku zdolności analizowania sytuacji i dokonywania błyskawicznych wyborów i z obłędem w oczach miota się w porządku "krok w prawo-krok w lewo-obożeonanapewnomnieprzejedzie". Nie przejeżdżam, grzecznie omijam, a i tak zwykle doganiają mnie brzydkie słowa :) Miły przechodniu, uwierz, na chodniku jest miejsce i dla ciebie i dla mnie, zmieścimy się. Ja jadę powoli i z wysokości widzę lepiej co się dzieje parę metrów przede mną, zdążę zareagować. Ale ty w zamian nie rzucaj się po całej szerokości jak niezdecydowana ciotka, szczególnie jeśli jesteś poniżej wieku emerytalnego, starszym wybaczam z urzędu. Jeśli nie należysz do ok. 5% nie potrafiących jeździć rowerem i czasem się na nim przemieszczasz, jest niemal pewne, że kiedyś sam byłeś w opisanej sytuacji, albo rychło w niej będziesz.

Chodniki nie są dla rowerzystów? Ok, w takim razie od teraz z mściwą satysfakcją zaczynam potrącać osobników z upodobaniem lezących nielicznymi ścieżkami rowerowymi. Dzwonienie na nich najczęściej wywołuje oburzone spojrzenia i brzydkie słowa jak wyżej (o ile ścieżka ułożona jest z ładnych ceglastych kostek, upodobanie od biedy wytłumaczyć można perwersyjnymi ciągotami do czerwonych dywanów, a co kieruje ludźmi, gdy ścieżka to po prostu oddzielony linią kawałek chodnika? Pewnie nic. A jezdnią nie chodzą, przynajmniej na trzeźwo.)


PS. za osobniki z uszkodzoną wyobraźnią traktujące chodnik jak tor speedrowerowy z przeszkodami nie ponoszę odpowiedzialności.
Póki co po większości miejskich chodników rowerzyści poruszają się w charakterze gości i przde wszystkim od nich zależy by nie byli to goście nieproszeni.

28 marca 2009

Notka przyszłościowa czyli jaki jakie są każdy widzi

Kaman.
Każdy wie co to są jaki, nie?
No, takie te frędzlaste bawoły z Indii, to też, tylko że w tym momencie akurat nie o te jaki mi chodzi.
Mam na myśli jaki składniowe gramatyczne. Jaki przypuszczające, obiecujące, kuszące, jaki roztaczające w niedalekiej perspektywie wizję wspaniałego życia jakie (!) nas czeka.

No bo przecież:

...jak schudnę te pięć kilo/jak wyrzeźbię sobie pośladki...
...jak kupię sobie te fantastyczne buty, co je widziałam tydzień temu na wystawie a kosztują nieprzyzwoicie dużo/jak sprzedam tę tonę ciuchów co mi w szafie zalegają ani razu nie włożone...
...jak przeczytam w końcu tę mądrą książkę co to Anka się zachwycała a ja przebrnąć nie mogę przez pierwszy rozdział...
...jak napiszę w końcu tę książkę co mi od lat paru po głowie chodzi...
...jak będzie cieplej/chłodniej/dłuższe dni/dłuższe noce...
...jak mi urosną włosy/jak zetnę włosy/jak ufarbuję na nowy kolor...
...jak, jak, jak, JAK!!!!

Kaman...
To dopiero będzie raj utracony i ziemia obiecana w jednym, nieprawdaż?!
Wtedy będziemy dopiero powabne i seksowne, piękne jak Penelope, wysportowane jak siostry Radwańskie, mądre jak prof. Bartoszewski. To co teraz - się nie liczy, liczy się to fantastyczne życie później, niedługo, ważne jest tylko to co będzie PO jaku.

Więc chudniemy te ileś kilo, kupujemy buty za pół pensji, czytamy mądrą książkę, a na koniec mamy tę nową szałową fryzurę - i życie wcale nie odmienia się w cudowny sposób, nie stajemy się lepsi bo jest nas mniej, bo mamy więcej albo inaczej.

To się podobno nazywa życiem w czasie przyszłym, nieumiejętnością cieszenia się z drobiazgów tu i teraz i prowadzi do poważnych rozczarowań.

Bo po prostu - indyjskie rogasie parzystokopytne i nasze rodzime jaki przypuszczająco-obiecujące mają prócz nazwy jeszcze jedną wspólną cechę.
Najczęściej PO nich zostaje tylko placek :)


27 marca 2009

Notka pospieszna

Tak samo pospieszna jak pociągi zagrabione przez intersiti :) aaaa, szybko szybko szybko, bo kwiecień mnie zaskoczy :)
Chciałam jedynie nadmienić, że wiosna może już wyjść zza tego opączkowanego krzaka naprzeciw, spokojnie, idealne sandałki dawno już weszły w moje posiadanie, więc nic nie stoi na przeszkodzie aby temperatura skiknęła o te piętnaści stopni w górę :)
P.S. Konkretniejsze notki czekają grzecznie w poczekalni na dopieszczenie.

10 marca 2009

Notka gumiasta czyli czym wypełnić puste miejsce jak się nie ma lepszych pomysłów

Tak, owszem, wyjeżdżało się :) i niebawem wyjedzie się znów. I znów i znów, raz bliżej, raz dalej, raz tylko nad najbliższą kałużę a innym razem nad tę trochę dalszą. Ale tymczasem, póki co...
Nic mi się nie chce.
Zawsze o tej porze roku nic mi się nie chce. Strajk i wyżuta guma orbit, wszystko może poczekać bo ważniejsze jest spanie w ilościach nieprzyzwoitych - najlepsze i niezawodne antidotum na zły humor, niechciejstwo i próbujące nadgryzać przeziębienia. Liczę też na to, że jak już się wyczołgam ze snu to wczołgam się bezpośrednio w minimum 15 stopni w słoneczny dzień a nie taką bryndzę jak obecnie.

23 lutego 2009

Notka zezłoszczona

tylko zezłoszczona, albowiem gdyż ponieważ dbamy o czystość języka i nie nadużywamy wulgaryzmów. Poza tym już się nakurwiłam bezpośrednio przy zdarzeniu.
Kolejny raz waląc bezsilnie głową w pszepienkny nowy słupek przystankowy doszłam do wniosku, że w tym, skądinąd cudnym mieście, jeśli mam liczyć na komunikację zbiorową to lepiej od razu strzelić sobie w stopę. Przy czym celowość, a raczej bezcelowość liczenia jest wprost proporcjonalna do ilości czasu jaki się posiada by dotrzeć w pożądane miejsce oraz ważności sprawy, którą ma się do załatwienia, a środek komunikacji o ile raczy w końcu przyjechać, to będzie swój własny środek miał zdezelowany, brudny i o temperaturze zblizonej do tych, jakie panują w lodówce, a dodatkowo, w dzień taki jak dziś możemy otrzymać gratis ekstra atrakcje w postaci wody kapiącej na głowę. Nie można też zapominać o nonszalancji godnej Kubicy, z jaką część kierowców wjeżdża w zatoczki: te rozbryzgi świeżego błocka, te półtorametrowe fontanny tryskające spod kół, coś wspaniałego!! Panu prezydentowi marzy się jakieś horrendalnie drogie cacko, a tymczasem umykają mu ulotne wrażenia dnia codziennego!!
Po takim dniu jak dziś mam nosie ekologię, ideologię i inne -ogie, wolę wsiąść w cieplutki samochód i beztrosko generować korki. Zresztą ja tam lubię korki, przynajmniej dobrej muzyki można w spokoju posłuchać a i własnego nosa nie trzeba narażać na obywateli, którzy zapomnieli nie tylko o porannym prysznicu, ale i o tym z wczoraj, z przedwczoraj, nie mówiąc już że zapomnieli, że nie trzeba już się orać w lodowatej Odrze na tarze i z kijanką - pralki istnieją i są powszechnie dostępne.
Mamuniu, co za szczęście, że wiosna idzie i będzie można wykorzystać własne nogi do przemieszczania się po chodnikach bez dwudziestocentymetrowej warstwy błocka!
A żeby nie było tylko jęczenia sprawiedliwie przyznam, że do pracy wozi mnie na czas to cieplutkie volvo, to mercedesik :)

19 lutego 2009

Notka jęcząca

Tak, mam na uwadze, że jest śniegu po kolana i doskonałe warunki narciarskie :D i zdaję sobie sprawę, że wiosna (a co dopiero lato) tak szybko nie przyjdzie (jęk nr 1, długi, rozpaczliwy i zawodzący).

Ale ponieważ zeszłej jesieni beztrosko pożegnałam swoje stare sandały (jęk nr 2, słyszalna nuta ulgi), czas powitać jakieś nowe.

Niestety, prawdopodobnie z powodu, że jeszcze nie sezon, na razie trafiam tylko na aseksualne ortopedyczne 'jezuski' na rzepy (jęk nr 3 zwany jękiem obrzydzenia) albo na demoniczne buciska z podeszwą na grubym klocku, wyciętą z jednego kawałka drewna i przynitowanym kawałkiem materiału w roli pasków (jęk nr 4, podbarwiony nerwowym chichotem).

Aby wywołać zadowolone pomruki poszukującej, donieś o widzianych w ogólnodostępnych sklepach delikatnych i seksownych sandałkach damskich. Najchętniej na średnim obcasie.
Aby wywołać przewlekłe kocie mruczenie, donieś - zaakceptowane wcześniej przez poszukującą - sandałki :P


12 lutego 2009

Notka merfiująca

Zaiste, najlepszym sposobem na to, aby wywołać zimę, w momencie gdy jest to ostatnia rzecz, o jakiej marzę, jest napisać na blogu notkę nadziejowiosenną.
Analogicznie jak wywołać spóźniający się autobus zapaleniem ostatniego papierosa (chociaż to mi teraz akurat nie grozi :) ), czy sprowokować los nieposiadaniem absolutnie żadnej gotówki w portfelu w trakcie awarii terminali.
Swoją drogą śnieg, w lutym, w tej części świata... bez sensu :P

10 lutego 2009

Notka wyczekująca

Skoro pierwsza dekada lutego-podkujbutego minęła, można tradycyjnie rozpocząć wyglądanie wiosny :)
Tym bardziej, że zeszła sobota narobiła mi nie lada smaka na coraz cieplejsze dni i przypomniała, jak pachną pierwsze ciepłe wieczory.
Tym bardziej, że pewien serwis wieszczy rychłe wiosny nadejście. I jak zwykle co roku naiwnie mu wierzę, chociaż w innej zakładce nie wygląda to wszystko tak różowo (zielono?) i raczej należałoby być oszczędnym w radości.
Swoją drogą komfortową sytuację zawodową mają meteooszuści, mogą całkowicie bezkarnie robić w bambuko rzesze ludzi i jeszcze zgarniają za to rządowe pieniądze.
I chociaż, póki co, temperatury zdecydowanie bardziej sprzyjają kontynuowaniu zimowych tradycji (czytaj: przebywaniu w osłoniętych od nieprzyjaznych warunków atmosferycznych pomieszczeniach, najchętniej w wannie z gorącą wodą albo pod kocem, z obowiązkową rozrywką dodatkową na podorędziu), to jednak coraz częściej oko łypie na niskie buty i cienkie okrycia w nadziei na rychłe ich użytkowanie w przestrzeniach otwartych :)



1 lutego 2009

Notka czasowstrzymująca

Równolegle do i niezależnie od notorycznego marudzenia w prawie każdej rozmowie, że 'jak dla mnie to mogłaby już być wiosna', lub też że 'mam powyżej noszenia na sobie każdorazowo ośmiu warstw odzieży', coraz częściej zauważam, że czas pędzi.
Gdy byłam małym dzieckiem, czas może i istniał - gdzieś tam w tle odmierzany przez nakręcany zegar po dziadku. Gdy podrosłam, zaczął mijać bardziej zauważalnie, dzielony między szkołę a dom. Po przyjeździe na studia do Miasta powoli nabierał tempa, najpierw maszerował, potem przeszedł w trucht, w końcu w regularny bieg. A teraz pędzi jak szalony wywołując zadyszkę.
Kiedy, jakim cudem minęło niezauważalnie te 31 dni stycznia?! Jak? No dobra, może styczeń akurat, uwzględniając ilość spraw załatwionych w nim i związaną z tym bieganinę, mógł minąć szybko. Ale mroźny leniwy grudzień? Ponury leniwy listopad? Jesienny leniwy październik? Itd, itd? Rok jawi się jako mikstura złożona z czterech leniwych pór , którą ktoś wrzucił do blendera i wcisnął przycisk 'on'.
Z każdym miesiącem mam coraz silniejsze wrażenie, że siedzę w rozpędzonym pociągu i nie jest to linia pkp - to co najmniej teżewe jeśli nie inny japanese satan, w którym ktoś złośliwie pourywał rączki od hamulców awaryjnych, a szalony maszynista ani myśli zwolnić.
Pora już trochę wyhamować i w wiosnę wejść spacerkiem... :)

26 stycznia 2009

Notka ziemniaczana

Ponieważ jak powszechnie wiadomo, ziemniak cud natury, a że swój do swego ciągnie... ;-) dobra dobra, przesadziłam.

- No to weź mi teraz podaj ten super przepis na zapiekankę ziemniaczaną, o której wspominałaś ostatnio - rzekła koleżanka E. zaciągając się papierosem.
- Ok. Pół kilo ziemniaków kroisz w grube plastry...
- Czekaj, czekaj - przerwała - obrać oczywiście?
- Niee - odparłam. - Umyć. Szczoteczką najlepiej.
- Nie obrane? - zdziwiła się E. - Nie obierasz ziemniaków? - drążyła zaintrygowana - A na puree? A na frytki?
- Noo... Nie obieram. A jak już bardzo muszę mieć oskórowane, obieram po ugotowaniu, łatwiej skórka schodzi - dodałam.
- Dziwna taktyka - stwierdziła E. - I chyba niehigieniczna bo na skórce tyle syfu się gromadzi!
- Ee tam, a pod skórką najwięcej minerałów. Ziemniaki po moim obieraniu są poza tym prostokątne, więc za dużo się marnuje. A zresztą... i tak się wszystko wygotuje - odbiłam piłeczkę.
- Zobaczysz jak przyjdzie Dzieć - wypaliła złowieszczo E. na zakończenie debaty o skórce ziemniaka - Wtedy nie tylko ziemniaki będziesz obierać ale i banana myć przed obraniem!

Taaak, wtedy to już na pewno będę miała czas na zabawę w obieranie ziemniaków. Na bank. Chyba raczej na wycinanie stempli z rzeczonych ziemniaków i przystawianie ich wspólnie z Dzieciem na ścianach :)

A koniec końców koleżanka E. swoją zapiekankę robi z obranych ziemniaków, a ja swoją z nieobranych. Jednak ta jej jakaś za sterylna :P


22 stycznia 2009

Notka przestrzenna

Tak tylko chciałam sobie napisać, że to prawda z tym Żydem co miał mało miejsca i kupił sobie kozę a po tygodniu ją sprzedał i nagle mu się przestrzeń zwiększyła :)

20 stycznia 2009

Notka śliskopowierzchniowa


Tak mnie od paru dni zastanawia... ma ktoś pomysł jak po najdłuższym lodowisku miejskim - szumnie zwanym w innych porach roku chodnikiem - poruszać się prosto i pewnym krokiem, zamiast imitować ruchy pijanego wiatraka rozpaczliwie próbującego utrzymać równowagę?

Chyba tylko łyżwy pozostaje nałożyć w tej sytuacji.

A nawiasem mówiąc w sparingu agneeze vs podłoże jak dotąd wygrywa podłoże :]

5 stycznia 2009

Notka kolekcjonerska

Gdyż parę wątków mi się uzbierało, ale żaden sam w sobie nie był na tyle rozbudowany, by poświęcać mu osobną.

Święta były rodzinne. Kropka :)

No bo właściwie już mi opadło zdziwienie, że na basenie w Nowy Rok może być tyle ludzi. Myślałam, że po Sylwestrze większość albo gdzieś pojechała, albo leczy kaca, albo właśnie wbija klina żeby dnia następnego mieć kaca podwójnego. Otóż tak nie było :)

Delikatne rozczarowanie 'bardzo, ale to bardzo śmieszną komedią' też już dawno ustąpiło miejsca stwierdzeniu, że jednak osławiony koń trojański kilka zabawnych momentów miał, ponadto suma sumarum podobał mi się, a że bardziej wzruszał niż rozśmieszał? Może miałam rzewny dzień i tyle.

No i wydało się, że jednak mam dar negocjacji. Diabeł tkwi w odpowiedniej ilości rzeczowych (i życiowych) argumentów podpartych faktami ekonomicznymi i praktycznymi ze szczególnym uwzględnieniem wrodzonego lenistwa. Przy czym ilość i jakość argumentów jest wprost proporcjonalna do posiadanej determinacji.

Która z kolei przydaje się w grach i zabawach słownych z:
- panem od podłóg (tak, jest bardzo krzywo, a ja będę nad panem stała z poziomicą i sprawdzała :P ),
- panią od szaf (nie, nie potrzebuję uchwytu na rurę od odkurzacza, gdyż w najbliższej pięciolatce nie przewiduję zakupu owego, natomiast przydadzą mi się dodatkowe szuflady w ilości nieograniczonej),
- oraz zastanawianiem się nad sobą samą, a konkretniej nad kwestią, na którym metrze tynku strukturalnego skończy mi się cierpliwość, a zacznie rzucanie szpachelką o podłogę... stój, na pewno nie o podłogę, więc przez okno.

:-)


24 grudnia 2008

Prejeme Vam Vesele Vanoce :)



z całego serca i wszystkim bez wyjątku.
Takich najfajniejszych na świecie, z ciepłą, spokojną atmosferą - Waszych wymarzonych, białych, z ulubionymi przysmakami, furą wspaniałych prezentów i bez kevina w televju.





Obrazek pożyczyłam stąd.

22 grudnia 2008

Notka refleksyjna

Życie to puzzle.

Skomplikowana układanka, w której nigdy liczby elementów nie poznasz do końca, bo ciągle dochodzą nowe, w dodatku zadziwiająco często od razu do całości pasujące.

Układasz mozolnie, dopasowujesz pieczołowicie fragment do fragmentu i kiedy już jesteś blisko celu, to albo pojawia się nowy puzel, albo, co gorsza, przypadkowy zbieg okoliczności powoduje, że całość rozsypuje się jak cukier z dziurawej torebki.

Żyjesz dopóty, dopóki masz entuzjazm składać swoją układankę ciągle od nowa, za każdym razem odkrywając, że jest coraz bardziej logiczna, coraz ładniejsza i że elementy, które wcześniej wydawały ci się ułożone na właściwych miejscach, lepiej pasują w innych.

17 grudnia 2008

Notka wywołana

Wywołana przeczytaniem tego wpisu.
Ranyyy... mam identyczne wspomnienie, tylko moim marzeniem było dostać 'domek dla lalki z mebelkami', rzecz dwadzieścia parę lat temu raczej niedostępną, szczególnie na prowincji.
I dostałam ten domek, Rodzice zrobili go własnoręcznie z będących pod ręką materiałów i był sto razy piękniejszy niż rurzowe plastikowe koszmarki, które widywałam już później, w erze dostępności wszystkiego...
Ech.... :)

12 grudnia 2008

Notka przezsenna

Znaczy nie przez sen pisana, o nie. Jakoś mój organizm po wielu miesiącach buntu skapitulował i przyzwyczaił się do przełączania na tryb 'on' wraz z pierwszym sygnałem budzika. Przezsenna oznacza tu zainspirowana tym co mi się dziś śniło.

A śniło mi się, że byłam w ciąży. Panienka od usg wręczyła mi końcówkę do ręki i przykazała się obsłużyć. No więc tak jeżdżę sobie tym ustrojstwem po brzuchu a panienka naukowym tonem komentuje - o, tu ma pani śledzionę, tu wątrobę, a pomiędzy tym śliczna ośmiotygodniowa ciąża.

Na dzień dzisiejszy co prawda bardziej mnie cieszy, że mam śledzionę i wątrobę, ale nie będę ściemniać, wizja możliwości posiadania 'ślicznej' c. też jest kusząca. Mam również silne podejrzenia, z jakiej przyczyny taki sen wygenerował się w mojej głowie. Otóż taszczyłam wczoraj do domu pracową paczkę świąteczną, drobne kilkanaście kilo rozmieszczone w dwóch reklamówkach. Coby sobie nie naciągnąć łapek po kolana wpadłam na pomysł przetransportowania ich razem, w jednej dużej torbie typu eko niesionej oburącz przed sobą. I o ile po terenie poziomym transport odbywał się w miarę sprawnie, o tyle przemieszczanie pionowe (czytaj: schody) pokonało mnie już po kilku pierwszych stopniach. I tak mi wczoraj, podczas tego niesienia smakowitych wiktuałów (motyw wątroby i śledziony) przyszło do głowy, że nie mogę dopuścić do zwiększenia swojej wagi o więcej niż o jakieś 15% obecnej (motyw ciążowy), bo w przeciwnym wypadku na takie powiedzmy drugie piętro pozostanie mi tylko wczołgiwanie. Albo wyciągarka budowlana :P



A tak już kompletnie z całkiem innej beczki to przyszło mi też do głowy, że podobnie jak tzw. dobre chęci premiowane są piekłem, tak samo fałsz i obłuda powinny być ;)

8 grudnia 2008

Notka leniwa :)


Spóźniona, nie spieszyło jej się. Dreptała sobie powoli wpasowując się w klimat weekendu upływającego pod znakiem wielkiego lenistwa, przerywanego tylko od czasu do czasu niespiesznym pichceniem czegoś na ząb. Weekendu zagrzebanego w pościeli, w towarzystwie stert gazet, książek, godzin filmów, niekończących się rozmów na każdy temat i zażartych karcianych rozgrywek.
Byłby perfekcyjnie leniwy, gdyby głębokie ludzkie przyzwyczajenie do przebierania nogami nie wypłynęło na wierzch i nie porwało na jesienną mżawkę :)

28 listopada 2008

Notka filozoficzna

Tak mi przyszło do głowy... że mimo wszystko lepiej siedzieć w fotelu niż na taborecie. Że nie ma jak mięciutki, wygodny przytulny fotel. Taki z wysokim oparciem i podłokietnikami, z wysuwanym podnóżkiem i odchylającym się oparciem. Na taborecie możesz wiercić się i kręcić, zmieniać pozycję, dopasowywać ją jak najlepiej do wykonywanej czynności, ale i tak nie zmienia to faktu, że siedzisz na taborecie. Ciągle tym samym, twardym, surowym stołku.
Tak, zdecydowanie nie ma jak miękki, przytulny fotel, a jeśli jeszcze w komplecie jest ciepły koc i kawałek dobrej książki to niewiele więcej do szczęścia potrzeba.
A w życiu jak w domu, po co się męczyć na taborecie* skoro można siedzieć w fotelu?




*Co prawda w niektórych sytuacjach/pomieszczeniach fotel nie sprawdziłby się zupełnie. Tak, w pewnych sytuacjach taboret lepiej zdaje egzamin. I czasem trzeba na tym twardym taborecie posiedzieć, żeby potem docenić miękkość fotela :)

21 listopada 2008

Notka kumulacyjna

...bo trzy koncerty w ciągu dwóch dni (z czego dwa i pół świetne, a pół zawierające wyginające się zdecydowanie po męsku dziewczę w rurzowych rajtkach oraz zespół bawiący się lepiej od publiczności), zażarte pertraktacje z autochtoniczną strażą miejską oraz powrót krętą drogą o szerokości niewiele większej od samochodu, w śnieżycy - to tak o ułamek kapki za wiele jak na moją wytrzymałość. Czy to już zdziadzienie do drzwi puka? :)

14 listopada 2008

Notka zapożyczona

A raczej nie sama notka a pomysł na (tekst 'pomysł na' też jest zapożyczony od firmy produkującej mało zjadliwe pół- oraz produkty spożywcze).

Czytam sobie ostatnio jedną książkę. Czytanie związane jest ściśle i nierozerwalnie z nagłymi napadami szalonego chichotu (a może cziczotu? ;) ) na przemian z refleksyjnym 'pełnoetatowa racja...'. O ile odkrywanie zabawnych fragmentów lepiej pozostawić każdemu czytaczowi (bo potem może już tak nie śmieszyć, a poza tym niekoniecznie to z czego zaśmiewam się ja będzie równie cieszyło innych), o tyle przed wyjawieniem mądrych mądrości oporów nie mam.

'Ogon jest jeden, a muuch wiele... - powiada Księga Mądrości Mu.
Znaczy to mniej więcej tyle, że wszystkich kłopotów od siebie nie odgonisz - niektóre muszą cię dosięgnąć i boleśnie ukąsić.
Kto nie jest w stanie cierpliwie znosić ukąszeń losu, będzie coraz więcej czasu tracił na bezskuteczne wymachiwanie ogonem. I stopniowo popadnie w obłęd, gdyż całą treścią jego życia stanie się unikanie nieuniknionego.
Księga Mądrości Mu uczy, że zamiast się z nieuniknionym szarpać, lepiej mu się poddać i przeczekać. Ogon jest jeden, a muuch wiele... - powiada Mu i zaraz po tym dodaje: ...ale wszystkie w końcu kiedyś odlatuują.'*

No właśnie. Proste zdanie a trafia w samo sedno. Dla mnie ubranie w słowa myśli, które krążą mi czasem po głowie w niesprecyzowanej postaci i nie wiadomo czemu nie chcą skleić się w zgrabne frazy (może dlatego, że proste słowa z gardła nie chcą wyjść najbardziej**).




* Wojciech Cejrowski, 'Rio Anaconda', Zysk i S-ka Wydawnictwo, Warszawa 2006.
** T.Love, 'Ajrisz'

13 listopada 2008

Notka zastępcza

Bo właściwą zjadł długi weekend. Utonęła w basenie aquaparku. Oraz wywróciła się na lewą stronę po jeździe czarną rurą. Została połknięta zaraz za wódeczką i tatarem. A może przed. Albo w trakcie, nie wiem. W każdym razie zaginęła bezpowrotnie i widoków na odnalezienie nie ma. Za to następna będzie planowo - czyli jutro.

31 października 2008

Notka porzontkowa

Porządki (zwane takze sprzątaniem) - zespół czynności, za pomocą których obnizamy poziom entropii porządkowanego obszaru. Co prawda jest to złudne i oszukańcze, poniewaz entropia to taka skubana bestia, która z uporem maniaka dązy do zwiększenia swojej wartości, tak więc prawdopodobnie wyganiając ją z jednego miejsca fundujemy sobie jej ekspansję w innym, ale czym byłoby życie bez złudzeń?
Porządki dzielą się się na zewnętrzne i wewnętrzne.
Zewnętrzne obejmują szeroko pojęte najbliższe otoczenie sprzątacza, wymagają zwykle niemałego nakładu sił fizycznych, arsenału środków pomocniczych oraz dużej odporności psychicznej. Porządki zewnętrzne robimy dla przyjemności (taaak, naprawdę istnieją osobniki przepadające za sprzątaniem!) lub z konieczności - kiedy kurzowe owce zaczynają dawać mleko, (bądź też odpowiednio wcześniej). Porządków tego typu dla własnego dobra lepiej nie robić w czasie przeznaczonym na odpoczynek; czytaj: nie robimy porzontków w piontki. Tudziez w soboty i niedziele. Chyba ze ktoś lubi :)
Porządki wewnętrzne natomiast, jak sama nazwa wskazuje, ograniczają się do obszaru znajdującego się wewnątrz osobnika je przeprowadzającego i wykonywane są zwykle, w przeciwieństwie do porządków zewnętrznych, na biezaco w miarę potrzeb. Zaniedbanie porządków wewnętrznych nie grozi co prawda szalonym slalomem pośród beczących form życia ani odkryciem całkiem nowych kolonii ewoluujących na niepozmywanych naczyniach, grozi natomiast zaburzeniami wewnętrznej harmonii, co w krótkim czasie skutkuje co najmniej dyskomfortem psychicznym. Na porządki wewnętrzne każdy dzień jest tak samo dobry i dziś jest lepsze jest niż jutro.

24 października 2008

Notka zaskakująca czyli tak po prostu, prosto z mostu.

PIĄTEK.
Piątek jest to dzień tygodnia następujący po czwartku a poprzedzający sobotę. Nadejście piątku dla osobników pracujących w systemie pn-pt* oznacza zwykle wielką radość często wyrażaną publicznie, zespołowo, żywiołowo oraz procentowo. Piątek jest słodką zapowiedzią dni, w które budzik nie dzwoni w środku nocy, kawa jest wypijana dla przyjemności, a śniadanie może trwać i do obiadu**.
Piątki to moje ulubione dni tygodnia.
Chociaż mówią, że w piątek zły początek***. Ale w końcu piątki, szczególnie jesienno zimowe nie są po to żeby coś zaczynać ale raczej by słodko i zasłużenie poleniuchować z kubkiem gorącej herbaty w ręku :)

* Osobniki pracujące w systemie zmianowym miewają piątki w najmniej oczekiwanych momentach.
** Albo i do kolacji, jak kto woli.
*** Słyszalna jest też wersja 'w piątek Hitler wojnę przegrał' .Nie wiem, z historii jestem noga. Lewa :)